9 sierpnia 2012, Starorobociański Wierch

Tak jak obiecałam dzisiejszy post poświęcony będzie mojej wyprawie na Starorobociański Wierch. Ogólnie w planach było zdobycie szczytu Bystrej, no ale nie wyszło z czasem i takie tam problemy ;) Szkoda było kończyć wycieczkę z Ornaku, więc wspinaliśmy się jeszcze na Starorobociański Wierch.
 
Ale zacznijmy od początku. Zaczęliśmy znowu od Przysłopu Miętusiego, z którego kierowaliśmy się na Dolinę Kościeliska. Po przybyciu do Schroniska Ornak, usiedliśmy sobie przy stoliku i zjedliśmy pierwszy prowiant-bułki. Nasz postój trwał krótko. Wstaliśmy, pozapinaliśmy plecaki i ruszyliśmy na podbój gór. Przy schronisku siedziało bardzo dużo turystów, pogoda sprzyjała ;). Początkowo łagodne wejście do lasu, a tam, o zgrozo. Ciężkie wysiłkowo podejście. Daliśmy radę z wieloma postojami bardzo krótkimi. Wyszliśmy z lasu na Iwanicką Przełęcz. Tam rozłożyliśmy się na trawie, zjedliśmy prowiant, zachwycaliśmy się widokami, robiliśmy zdjęcia i nakręcaliśmy filmiki ;) Odpoczynek trwał gdzieś około 20 minut. Trzeba było nabrać sił na kolejne podejścia ;)

Widok na Tatry Zachodnich

Tatry Zachodnie
Gdy dostaliśmy się na szczyt, położyliśmy się znowu na trawie. Tym razem ta trawa strasznie się przyczepiała do ubrań :( No więc znowu zregenerowaliśmy nasze siły i ruszyliśmy na podbój Starorobociańskiego Wierchu. Na drodze stanęła nam niewielka wspinaczka po skałach ;)

Stromy odcinek (w tle Starorobociański)
Niestety to był krótki odcinek “wspinaczki”. Później to już z górki, pod górkę, odpoczynek, z górki, pod górkę… i tak dalej.


Widok z naszej trasy
 No to ruszamy na sam szczyt “dwutysięcznika”. Od drogowskazu na sam szczyt była godzina. Zdziwiło mnie to, że w tak krótkim czasie udało nam się wejść na tą górę. Liczyłam jakieś dwie godziny. Taka miła niespodzianka. Ze szczytu podziwiałam słowackie góry, natomiast polskie góry były za mną.

Nasza droga (w tle Ornak)
Tak oto wyglądała nasza droga powrotna. Miałam lekki kłopot z kolanem i nie mogłam iść tą dróżką, bo bym nie doszła. Także wymyśliłam zejście po trawie. Okazało się szybsze, niż po tych kamieniach. Mieliśmy też szczęście, bo po drodze spotkaliśmy kozice, które jadły swój obiad :)

Kozice przy zejściu ze Starorobociańskiego Wierchu
 Wędrowaliśmy ostatkiem sił do Doliny Chochołowskiej. Szłam dość żwawo, z nadzieją na pierogi. Niestety przyszłam zbyt późno i mogłam pocieszyć się przepyszną szarlotką. Z Chochołowskiej kierowaliśmy się na postój busów, by nas podwiozły do Małej Łąki. Przyznam, że bardzo marudziłam po drodze, ponieważ nie miałam już sił a droga asfaltowa ciągnęła się z nieznane. Na drugi dzień miałam wielkie odciski. Cierpiałam, ale byłam uradowana ze szczytów, które zdobyłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz