Wielka Sowa podejście drugie

Zasada "do trzech razy sztuka" na szczęście nie sprawdziła się w naszym przypadku. Wielką Sowę poskromić mogliśmy za drugim podejściem. Radość, radość, radość. Mogę się jeszcze pochwalić amatorskim filmikiem z tej wędrówki, w którym jest przesyt wspomnień. Zapraszam!



























Od tygodnia w powietrzu wisiał wyjazd na Sowę. Od poniedziałku do piątku mogłam delektować się wrześniowymi promieniami słońca. Z wielką nadzieją i niecierpliwością wyczekiwałam soboty. Brakowało mi gór i bliskości z naturą.

Nadeszła sobota. Budzik zadzwonił o 5.50 i w szybkim tempie przygotowywałam się na wyjazd. O mały włos, a pogoda pokrzyżowałaby moje plany i Wielką Sowę mogłabym oglądać na kamerkach internetowych. Nie odpuściliśmy. Raz się nie udało, teraz powinno.

Z deszczowego Opola udaliśmy się do mglistych Pieszyc, gdzie około godziny dziewiątej startowaliśmy na szczyt. Po drodze mijaliśmy schronisko SOWA.


























Jeśli chodzi o samą trasę to nie sprawiała żadnych trudności, wręcz przeciwnie. Byłam zadowolona z trasy, przy której wreszcie nie musiałam wyciskać siódmych potów, a w dodatku nawet nie byłam zmęczona. Na Wielką Sowę dotarliśmy w dość krótkim czasie.

Po drodze dyskutowaliśmy na nasze ulubione tematy, rozmawialiśmy o historii Gór Sowich, o projekcie "Riese" i wymienialiśmy się własnymi opiniami. Mijaliśmy rowerzystów, ludzi z gitarami czy samych piechurów.



Początkowo pogoda odbierała nam nadzieję na jakiekolwiek widoki z wieży, ale była łaskawa na nasze prośby i pokazała choć kawałeczek rozpościerających się na wszystkie strony pasm górskich. Poszliśmy szukać szczęścia na drugiej wieży - Kalenicy.

Do Kalenicy dostaliśmy się idąc najpierw na obiad do Zygmuntówki. Ku zaskoczeniom Grzmiącego Kubka miły Pan Zygmunt już jej nie prowadził co go jeszcze bardziej zasmuciło - nie miał z kim porozmawiać.

Delektowaliśmy się pierogami ruskimi i bigosem siedząc na jednej z ławek przy schronisku i patrząc na wzniesienie, które w zimie jest rajem dla narciarzy. Owieczki oczywiście też wkomponowały się w krajobraz i miałam wszystko co chciałam ujrzeć.

Ostatni etap trasy wiódł przez Rymarz, Słoneczną na Kalenicę. Tam niestety trafiliśmy na mleko, widoków zero, nawet tych bliższych okolic. No nic, chociaż Sowa dała nam odrobinę szczęścia. Z Kalenicy wróciliśmy na Przełęcz Jugowską i garbusikiem wróciliśmy do Opola. Kolejny szczyt KGP zdobyty!

ZAPRASZAM NA MÓJ PIERWSZY AMATORSKI FILMIK Z TEJ WĘDRÓWKI! (KLIK)
























































2 komentarze:

  1. Wieża na Wielkiej Sowie jest świetna. Miałam okazję ją jeszcze widzieć przed remontem. Ale najpiękniejsza jest zimą!!! Super, kolejny diamencik do Korony :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje za kolejną cegiełkę do KGP :) Fajna ta wieża widokowa. Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń