Książka przesiąknięta kontrowersjami

Myślę, że najtrudniej jest zacząć. Ubrać w słowa to, o czym chciałoby się powiedzieć. Długo zastanawiałam się czy podjąć się wyzwaniu napisania recenzji książki Jacka Hugo - Badera i myślę, że wniosę tutaj drobną poprawkę. To nie będzie recenzja, ponieważ najzwyklej w świecie nie chce mi się pisać pod kątem zasad, jakie powinny być zawarte w tej formie wypowiedzi. Myślę, że będzie to po prostu milion słów, które może znajdą jakiś sens.

fot. woblink.com


Z opisem tej książki miałam już styczność w jednym z artykułów magazynu n.p.m. gdzie - według mojego rozumowania - książka nie była przedstawiana w dobrym świetle. Omijałam ją szerokim łukiem, twierdziłam, że jest to po prostu strata czasu i pieniędzy na jakąś historyjkę, która pewnie nie podoła wyzwaniu.

Dostałam ją na klasowej wigilii, ładnie zapakowaną. I trochę zdziwiłam się moją reakcją, bo po prostu najzwyczajniej w świecie zaczęłam się cieszyć, że ją trzymam w ręku, że jest to moja własność. Od tego momentu wiedziałam, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Usiadłam wygodnie i zaczęłam pochłaniać rozdziały z wielkim zainteresowaniem. Chciałam jeszcze i jeszcze.

Cieszę się, że Jacek Hugo - Bader - będę pisać jak w książce JHB - dodał takiego smaczku wrzucając w rozdział komentarze internautów na temat tej tragedii. Żałuję, że mamy trochę płytkie społeczeństwo, które z wygodnego, ciepłego fotela potrafi skrytykować postawę himalaisty wspinającego się w 30 stopniowym mrozie po groźnej górze, czasami nawet walczącego o przetrwanie. W łatwy sposób krzywdzimy innych nie mając przy tym dobrych argumentów, ba.. nie mając wcale argumentów.

Dużo zastanawiałam się nad zachowaniem Adama Bieleckiego, który według mediów porzucił swoich przyjaciół na górze i zaczął spieprzać. I mogę dać uciąć własną rękę, że wielki odsetek ludzi tak samo zachowałby się tam na górze, a nawet gorzej. Nie wiem jaka sytuacja zaistniała między wspinaczami, dlaczego się rozdzielili i tutaj nie będę dawać swojego komentarzu, bo nie mnie to oceniać. Więc tym bardziej dziwię się, dlaczego MEDIA to oceniają, dlaczego rzucają błotem w taką osobistość jaką jest Adam Bielecki. Ja go szanuję. I pewnie mnie zlinczujecie za te słowa.

W środowisku himalaistów, a zwłaszcza tych z lat 70 czy 80 nigdy nie mówiło się o bólu, cierpieniu czy dolegliwościach jakie spotykały ich podczas szturmowania danej góry. Nie mówili o tym, bo chcieli być herosami, wielkimi Bogami, którzy zdobywają groźne góry. Nigdy nie dzielili się swoimi przeżyciami. Teraz mamy inne czasy, a mimo to niewielu mówi o zawróceniu spod szczytu z powodu pogorszenia warunków, czy zwykłego bólu po odmrożeniu palców. Do czego nawiązuję? Kilka miesięcy po tragedii na Broad Peaku, Adam Bielecki powiedział, że się bał. Nie ukrywał tego. Bał się o własne życie, dlatego szybko schodził.

fot. tygodnik.onet.pl
Dobra, dobra. Bo za bardzo tutaj przejęłam rolę adwokata Bieleckiego. Wróćmy jednak do książki. Za bardzo nie zrozumiałam idei Jacka Berbeki, który chciał wyruszyć na Broad Peak w celu pochowania ciała swojego brata i Tomka Kowalskiego. Zbyt dużo ukrywał, podczas wyprawy denerwował się na JHB za to, że przedstawia środowisko medialne, a tuż po wyprawie sam zaczął spowiadać się mediom co do szczegółu, wtrącając w to szukanie winowajcy za tragedię i twierdzenie, iż to Artur Hajzer jest odpowiedzialny za to. Dlaczego? Rzekomo nie sprawdził raków Tomka Kowalskiego, któremu jeden odpadł. Ale w jednym z rozdziałów mamy czarno na białym, że sam Tomek lubił eksperymentować ze sprzętem, brał przykład z Andrzeja Bargiela. Chciał zmniejszyć wagę swojego sprzętu. Złączył mocny przód raków z inną częścią uzyskując dobrą hybrydę, która niestety w pewnym momencie mu odpadła.

Dzień 6 marca 2013 został uznany za tragiczny, gdyż w tym dniu zginęli doświadczony Maciej Berbeka i świeży wilk Tomek Kowalski. I myślę, że skoro ta sytuacja dostała miano TRAGEDII to tak już zostanie i nikt już tego nie zmieni. Więc nie sądzę, żeby dalej brnąć w ten temat i szukać winowajców. Stało się to stało, nie cofniemy czasu. Przykro, gdy ze środowiska himalajskiego odchodzi wielka postać i ciekawa osobistość, ale takie są koleje losu.

fot. radiokrakow.pl
Chciałabym jeszcze dodać tak na zakończenie, że bardzo wzruszyłam się pewnym rozdziałem z książki. Był on poświęcony komentarzom na blogu Tomka Kowalskiego. Wszyscy dopingowali go, przeżywali każdą minutę jego bycia na trasie. Ze łzami w oczach czytałam każdą wypowiedź, to jak nie tracili nadziei w Tomka, kibicowali mu do ostatniej minuty.

Teraz poczułam, że na ten temat mogłabym wiele napisać, jednak nie chcę wszystkiego wyrzucać na światło dzienne i niektóre kwestie zostawić w sferze prywatności. Wszystkie informacje, którymi mogłam tutaj operować zbierałam poprzez czytanie wywiadów wielu himalaistów jak i Kingi Baranowskiej, której ogromnie kibicuję. Wczoraj nawet obejrzałam konferencję dotyczącą powrotu Polaków z Broad Peak. I mogę ze spokojem na duszy stwierdzić, że wszystko co jest powyżej napisane, płynie wprost ze mnie. Nie jest to pod publiczkę. UFF. To chyba koniec!

A odpowiadając na pytanie czy polecam tą (tę) książkę?! PEWNIE!


6 komentarzy:

  1. Robisz postępy-pod każdym względem :) Art.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem z Ciebie dumna, bardzo dojrzale podeszłaś do książki i ciekawie ją opisałaś. Przeczytałam to jednym tchem i chciałabym jeszcze, jeszcze... Na pewno sięgnę na Twoją półkę i przeczytam książkę, bo WARTO.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tę książkę się pochłania od pierwszej strony. Nawet, jeśli ma się niewiele wspólnego z górami i nic wspólnego z himalaizmem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy sięgałam po książkę to niewiele wiedziałam o tragedii, a tym bardziej o świecie himalajskim. Po przeczytaniu popłynęłam z tematem i dzisiaj wiem więcej. Bardzo emocjonalna jest ta książka :)

      Usuń