Beskid Sądecki

"Nie narzekaj, że masz pod górę, gdy zmierzasz na szczyt"

Układam w głowie co by tu przekazać, żeby zaciekawić czytelników. Czasem przychodzi mi to jak bułka z masłem, czasem jednak trzeba szukać gdzieś tej tajemnej weny. Zawsze znajduję ją w górach, ale dziś muszę zadowolić się nizinnym terenem. Zapraszam na spacer wgryzając się trochę w szlak Beskidu Sądeckiego.

Drugi dzień wędrówki w górach, na szczęście organizm jeszcze w całości nie jest wyczerpany. Możemy bez żadnych problemów iść przed siebie. A co nas czeka? Szlak, który pozwala nam odkryć wiele ciekawych miejsc, poczuć wiejski zapach i zasmakować dobrej, schroniskowej kuchni. Taki skrót, mało mówiący ale spokojnie. Wszystko postaram się rozwinąć.

Jeśli ten post nie zadowoli każdego i nie nasyci kompozycją i aranżacją to cóż. Akurat dzisiaj zachciało mi się takiego pisania. Kobieta zmienną jest. Tak sądzę. Ale przynajmniej jest możliwość poznania moich zachowań z każdej strony, każdej płaszczyzny. I dzisiaj serwuję lekko przemyśleniowe treści.

Ostatnio wspominałam o moim zauroczeniu do Krościenka. Przyszła nostalgia. Przyszło lekkie zawiedzenie powrotu na stare śmieci. Chciałoby się tam pobyć dzień, dwa, tydzień. Od tego roku zaczęłam większą wagę przywiązywać do miejsc. Ciężko mi się do nich przekonać, a gdy już to zrobię to potrafię się z nimi związać tak mocną liną, że powrót z nich jest dla mnie czymś cholernie trudnym. 

To właśnie z Krościenka rozpoczyna się marsz, czuję lekkie podniecenie faktem, że dokładnie od tego momentu jestem na trasie Głównego Szlaku Beskidzkiego. A nieskromnie też dodam, że jest to mój przyszłościowy cel. Cel, który mogę spełnić ale potrzebuję jeszcze trochę nauki. Wciągnąć się w wir przygotowań.

Czerpiemy radość ze wczesnej pory, nasłuchujemy odgłosów zwierzyny. Szlak w całej okazałości dla nas. Przechodzimy przez osiemsetmetrowy szczyt o nazwie Groń i trafiamy na przełęcz widoczną przy naszych późniejszych trasach. Ciekawe położenie kilku domostw i odgłos zbliżających się z oddali wypasanych krów z kozami. Wprost uwielbiam taki krajobraz.

To jest właśnie to miejsce, pełne klimatu i uroku. Chciałabym więcej takich perełek na szlakach, terenów nieskalanych jeszcze przez świat pełen nowości, trudnych do ogarnięcia przez zwykłego człowieka. To tu znajduje się dom w mojej wyobraźni.

Zostawiamy w tyle przełęcz. Wspinamy się do góry, by po chwili osiągnąć kolejny szczyt - Dzwonkówkę. Razem z nami w dalszym ciągu biegnie czerwony szlak GSB, aż do schroniska na Hali Przehyba. Ciężko mi się w tym momencie będzie pisało, jako iż odmiana "przehyba" może stanowić mi nie lada problem. Z góry przepraszam za błędy.

Jak oceniłabym schronisko? Pomijam chmarę ludzi, którzy zdążyli już pozajmować najbardziej strategiczne miejsca - ocena spadłaby diametralnie w dół. Wnętrze? Dziwne, takie bez wyrazu. I mówię tu tylko o stołówce, bo to jedyne pomieszczenie gdzie moja dusza wędrowała. Na wejściu jakiś sklepik, ale zamknięty. Zamawianie jedzenia w malutkim okienku, do którego i tak ledwo się dostać przy takiej ilości turystów.

Ale jedzenie ratuje sytuacje. Jako, że bycie najedzoną to mój życiowy priorytet, od razu na moim stole ląduje przepyszna pomidorówka. Swojska, prawdziwa pomidorówka. Wracając do oceny. Wystrój? Słaby. Jedzenie? Zajebi..ekhem bardzo dobre.

W tym miejscu rozstajemy się ze szlakiem czerwonym. Zaczynamy przygodę na niebiesko zielonej trasie. Uradowani, wypoczęci z uśmiechem od ucha do ucha. Chwilo trwaj. Droga niesamowita. Widok na Beskidy, Pieniny i zostawiane w tyle schronisko. Ukształtowanie terenu, bardzo dobre dla moich nóg. Nie wymagające, wręcz przyjemne do stawiania kroków.

I na koniec, ostatnia prosta - albo raczej kręta droga przez las opcją zieloną. I tak powiem Wam w sekrecie, polecam wybrać się tą trasą. W czym tkwi magia? Brak hałasu, ani jednej żywej duszy, zakrętasy wśród zieleni, buszowanie w "haszczach". Tutaj bardziej da się odczuć odcięcie od cywilizacji. A dzięki czujnej osobie z rodzinnej grupy, miałam możliwość na własne oczy poznać się ze żmiją zygzakowatą. I nie, nie zrobiłam tego głupstwa co jeden z turystów. Ona poszła w trawy, a my na jedzenie.. do Szczawnicy.

Jeśli dotrwaliście do końca to Was podziwiam. To jest kompletnie dziwny post, kompletnie. Nie wiem czy to przez emocje czy po prostu tylko taka wena była dostępna. Przymróżcie trochę oko i dajcie się ponieść fantazji, tak jak ja. Może tego aż tak nie widać. Ściskam Was ciepło i do następnego! AHOJ.















2 komentarze:

  1. Niebawem jade w beskid sadecki wiec z zaciekawieniem dotarlam do konca posta uwielbiam takie nieakalane tereny tam dopiero mozna odetchnac pelna piersia;)pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń