Witojcie Pieniny!

Sielankowe pejzaże rysowały się w mojej głowie na myśl o Pieninach. I choć te tereny trochę znałam ze swojej gimnazjalnej wycieczki, to jednak ten wyjazd sprawił, że pokochałam to pasmo. Zapraszam Was na relację z naszego pierwszego dnia - spacerkiem na Sokolicę.

Pieniny mimo, iż nie posiadają wielkich wysokości, to jednak potrafią wycisnąć z człowieka siódme poty. Jako, że to był pierwszy poważny wyjazd w te góry, nic kompletnie nie wiedzieliśmy o szlakach. Co prawda gdzie prowadzą i jakim trzeba dojść by wejść na szczyt było nam znane. Ale jak on przebiega, czy jest on mocno pod górę, było czystą tajemnicą.


Zameldowaliśmy się w Krościenku, niesamowitym miasteczku. Niby turystyczne, niby popularne, ale nadal nie traci uroku. Spacerować wzdłuż Dunajca o zachodzie słońca jest czymś magicznym. Ale wróćmy do planu dnia, czyli chwila zadumy i pomysł popołudniowego wejścia na Sokolicę.

Górskie popołudnie. Godzina piętnasta z groszami, pakuję ostatnie rzeczy do plecaka i ruszam na przygodę. Szlak zaczyna się w Krościenku i już na początku stykamy się z ciężkim podejściem. Niby to na rozruch, żeby lepiej nam się chodziło w dalszych dniach. Ale powiem Wam już po powrocie do domu, że był to jeden z najtrudniejszych kondycyjnie szlaków z całego wyjazdu.

Jako iż wchodzimy w progi Pienińskiego Parku Narodowego, rozkoszujemy się dzikim, naturalnym otoczeniem. Koniec z asfaltówką, koniec ze straganami. Razem z nami dumnie kroczy po lewej stronie Dunajec z ostatnimi tratwami flisackimi. A my niezłomni, choć ruszający się jak mucha w smole gramolimy się wyżej i wyżej.



Poruszamy się szlakiem zielonym, gdzie po godzinie i piętnastu minutach (czas podany na mapie) docieramy do Przełęczy Sosnów (650 m n.p.m.) skąd już tylko 5 minut do punktu, gdzie zakupuje się bilet na taras widokowy.*

Podejście na sam szczyt Sokolicy (747 m n.p.m.) ciągnie się po wyślizganych już kamieniach. Na szczęście dla ułatwienia mamy metalowe poręcze, które dają nam jako takie bezpieczeństwo. Zważywszy na fakt iż wyszliśmy dość późno z domu, ominęliśmy słynne kolejki jakie potrafią tutaj się uformować w godzinach szczytowych.

Sokolica jest dość popularnym miejscem i zarazem jednym z najpiękniejszych na jakie udało mi się trafić. Choć słynnej sosny nie udało mi się zobaczyć, to jednak czuję się spełniona. Trafiłam za to na pogodę, dzięki której mogłam podziwiać majestatyczne Tatry. Widok zapierający dech w piersiach. Coś pięknego.



Czarny kocurek 
Kochane Tatry
Aby przejść dalej naszą planowaną trasę, musimy cofnąć się aż do Przełęczy Sosnów, by ruszyć w kierunku Czertezika ( 772 m n.p.m.) - ostatni punkt dnia. Droga chwilami była już dla nas za ciężka, dochodziło do tego również zmęczenie pięciogodzinną jazdą samochodem. Tak to jest jak w weekend tłuczemy się po słynnej zakopiance.

Ale trzeba było złapać tego powera i wykrzesać z siebie ostatnią energię. Na Czerteziku czeka nas kolejny balkon z barierką, z którego również widoki nas zachwycały. Patrząc w dół mogliśmy obserwować rwący nurt Dunajca, patrząc przed siebie poznawaliśmy się z naszymi przyszłymi trasami, no i oczywiście sam koniec zostawał dla najwyższego pasma w Polsce.

Schodząc już z Czertezika skręcamy na szlak zielony w stronę Krościenka, omijamy niebieski (eksponowany) i po trzygodzinnej eskapadzie lądujemy na balkonie w domku, wspominając "spacer na rozruch". Na szczęście żadne zakwasy nas nie dopadły następnego dnia i pełni sił startowaliśmy podbijać kolejne szczyty! Sokolica z Czertezikiem zdobyte!

* Jeśli zakupicie bilet na Sokolicy, to w ten sam dzień na tym bilecie możecie wejść również na Trzy Korony. Cena za ulgowy to 2,50 zł, a normalny - 5 zł.




2 komentarze: