W deszczowej krainie

Tak się jakoś złożyło, że dwie wycieczki pod rząd miałam w rejon Gór Stołowych. Pierwsza w doborowym towarzystwie prowadziła wśród Skalnych Grzybów. Natomiast druga - którą zaraz postaram się opisać - odświeżyła zapomniane rejony Szczelińca Wielkiego. Zapraszam na spacer lekko skąpany deszczem!

Na hasło "Szczeliniec" większość w głowach rysuje sobie sylwetkę lekko groźnego "Małpoluda", bądź szkicuje płaski szczyt. Ja również należę do tej grupy, choć bardziej ujmuje mnie w tej górze magiczny labirynt. Lubię, jak coś na szlaku się dzieje. Jak trzeba czasem pomyśleć, a nie żyć monotonią. Bo monotonią to my sobie żyjemy na nizinach.

Trasę wybieraliśmy w miarę równą dla każdej osoby w naszej grupie, by każdy z nas mógł chociaż trochę nacieszyć się tym wyjazdem. A ja oczywiście chłonęłam pozytywną energię każdą częścią ciała - pomimo markotnego deszczu! Na początek podążamy za znakami żółtymi, omijając niedostępny turystycznie Szczeliniec Mały.

Klasycznie na wstępie pokonujemy niesamowicie dużą ilość schodów, co wprawia mnie w lekki szał. Ja zwolenniczką takiej formy szlaku nie jestem i raczej nie zamierzam być, ale jak trzeba to idę. I czasowo nie jest wcale najgorzej. Do schroniska docieramy w ekspresowym tempie a na jego wnętrze  możemy popatrzeć tylko poprzez zaparowane szyby. Najwidoczniej lekka mżawka wygoniła wszystkich do środka.

A my dzielni - czterej pancerni i pies - rozsiedliśmy się przy stolikach, rozłożyliśmy sporych rozmiarów parasol, wyciągnęliśmy swoje prowianty i w najlepsze napełnialiśmy brzuchy. Takiego klimatu każdy mógł nam pozazdrościć. I faktycznie, wokół nas czaili się niektórzy turyści, coby trochę z naszego pomysłu skorzystać.

Popas był, ruszamy w dalszą trasę. Po uiszczeniu opłaty za bilety wstępu rozpościera się moja brama królestwa. Jak ja uwielbiam formacje skalne, które jeszcze na dodatek tworzą zagmatwane labirynty. Co prawda pamiątkę sobie zafundowałam, gdy zamiast delikatnie jak kobieta przejść przez niewielki otwór, postanowiłam w męskim stylu sprawdzić stan swoich kolan! Well done.

Nim się obejrzałam, labirynt dobiegał końca. Zostało nam już tylko zrobienie zdjęć na dwóch platformach widokowych. I jakie było moje zdziwienie z przerażeniem włącznie, gdy zobaczyłam młodzieńca hasającego poza barierkami. Ja rozumiem dobre miejsce do zrobienia sobie zdjęcia, ale błagam. To było ponad! Po obejrzeniu tego dziwnego widowiska udaliśmy się czerwonym szlakiem w stronę parkingu. Ze Szczelińca zeszliśmy w dość szybkim tempie, a nie chciało nam się jeszcze wracać do domów, więc udaliśmy się na krótki trawers nieopodal drogi stu zakrętów!

I tak minął mi dzień spędzony w gronie rodzinnym. Pierwszy raz takim składem udaliśmy się gdziekolwiek i bardzo nad tym ubolewałam. Ale nie mówię nie, czas szykować kolejne trasy! A co do samego Szczelińca to chyba mam z nim złe układy. Za każdym razem, gdy próbuję go odwiedzić, on w tym czasie musi być skąpany w deszczu. Tak więc deszczowa kraina została ponownie odwiedzona!









































6 komentarzy:

  1. Wycieczka jak najbardziej udana w doborowym towarzystwie. Faktycznie pogoda na szczycie była iście angielska, ale schodząc w dół rozpogodziło się i mieliśmy piękne widoki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Góry Stołowe, a w szczególności wieś Pasterka to moje najukochańsze miejsce na ziemi. Koniecznie musisz ją uwzględnić w planie następnej wycieczki w Stołowe. A Szczeliniec jest najwspanialszy o wschodzie słońca... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Szczeliniec :) Pamiętam, że momentami z plecakiem przeciskanie się przez jego labirynty należało do wyzwań ekstremalnych ;) Śliczne zdjęcia robisz. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie raz podczas moich wędrówek ktoś klinował się właśnie przez plecak. Dziękuję i również pozdrawiam :)

      Usuń