Kopa Biskupia

Podtrzymując noworoczną tradycję od grudnia mieliśmy zaplanowaną pierwszą wycieczkę w roku 2016. Mimo, iż nie był to jakiś wymagający teren to potrafiliśmy spokojną wycieczkę zamienić w niespokojny spacer. O tym jak od nowa odkryliśmy najwyższe wzniesienie Gór Opawskich postaram się Wam opisać. Zapraszam! :)

Opolszczyzna kojarzona jest raczej jako teren nizinny z niewielkimi wzniesieniami. Jest to oczywiście prawdą, gdyż jedynym najwyższym wzniesieniem jest Kopa Biskupia należąca do Gór Opawskich. To od niej wszystko się zaczęło. Tam nabierałam górskiego doświadczenia, tam zdzierałam najwięcej par butów i spodni. I z tego miejsca zaczerpnęłam zalążek miłości do pasji górskiej. Teraz to już tylko ją rozwijam i pielęgnuję oraz z radością wracam w moje matczyne skrzydła.

Sieć szlaków nie jest jakoś imponująco rozbudowana. Mimo wszystko każdy znajdzie coś pod siebie. Są trasy wymagające, dydaktyczne, spokojne. Jest również kilka opcji wejść na szczyt, zaczynając z różnych miejscowości. Ja standardowo zaczynam od Pokrzywnej, gdzie na parkingu przy domkach turystycznych pozostawiamy nasz pojazd.

Początkowy szlak to złączenie niebieskiej i zielonej farby. Po ominięciu wielkiego pola, na którym aktulanie znajduje się szopka betlejemska i odbywane są msze, trafiamy na drogę wytyczoną również dla pojazdów. Zielonym szlakiem oznakowana jest ścieżka dydaktyczna z różnymi stacjami, na których znajdziemy przydatne informacje.

Nasza załoga wybrała wejście przez Gwarkovą Perć - moją ulubioną - zatem opuszczamy szlak zielony, który jest idealny dla rodzin z dziećmi, osób słabszych kondycyjnie, kierujemy się na niewielki mostek, którym prowadzi niebieska farba. Tutaj zaczynają się schody, a mianowicie do pokonania mamy niewielkie wzniesienie, które przy świeżym śniegu daje niezły wycisk. Trzeba się pilnować, aby nie zgubić szlaku, gdyż jest taka opcja i słyszałam kilka opowieści. Najlepiej będzie, jeśli wasze oczy zwrócone będą na stronę prawą, gdzie przy skale zobaczycie znak. W tym momencie nie zostało Wam nic innego jak wgramolić się na skałę i po prostu przez nią przejść. 

Jeśli to Wam nie stanowi problemu to widzimy się już w głównym punkcie Gwarkovej Perci, która przy mroźnej zimie potrafi zachwycić oczy turystów. Z ogromnej wnęki skalnej potrafią zwisać olbrzymie sople, które w połączeniu tworzą zimowe stalagnaty. Tutaj również znajduje się drabinka, na którą trzeba się wspiąć. Tak kończy się szlak niebieski i kierujemy się w stronę żółtej farby. Tu już nie ma jakichś trudnych odcinków, prosta droga do schroniska.

Jako, iż był to okres po hucznym przyjęciu nowego roku, na szlaku była spora ilość turystów. W schronisku również. Chociaż przy odrobinie szczęścia i kondycji udało nam się zająć dogodne miejsce przy stoliku. Mieliśmy również zaplanowane przekąszenie czegoś jako obiad i oczywiście każdy znający moje umiłowanie do schabowych jest stuprocentowo pewny, co znalazło się na moim talerzu.

Po sytym posiłku został nam jeszcze szczyt, choć rozleniwiła nas posiadówka przy ciepłym kominku, to trzeba było ruszyć swoje ciało i wyjść na lekki mrozik. Szlak jest prosty i czytelny, w sumie to nawet nie trzeba patrzeć na znaki, żeby wiedzieć czy dobrze się idzie. Po około kwadransie do dwudziestu minut docieramy pod wieżę widokową. Z racji iż pogoda była w miarę, brakowało jedynie widoczności dobrej, zrezygnowaliśmy z uiszczania opłaty za wstęp na wieżę i po krótkiej przerwie ruszyliśmy w dół.

Tu już zaczyna się kabaret. Doszliśmy ponownie do schroniska, by przy tabliczce ze szlakami ustalić, którędy wracamy. Wszystko pięknie, ładnie, cycuś glancuś. Obraliśmy szlak niebiesko-zielony, na którym natrafimy na lekko pionowe zejście. Byłoby świetnie, gdybyśmy w ogóle tym szlakiem schodzili. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że nasza farba jest jednak koloru żółtego i trafiliśmy do punktu wejścia jakim była Gwarkova Perć. Wracać nią nie chcieliśmy, gdyż jest to wymagający teren do schodzenia. Postanowiliśmy kontynuować ślady żółte i tak oto trafiliśmy do Piekiełka, do którego trafić nie powinniśmy. Ale cofać nam się nie chciało.

Tak! Zgubiliśmy się. I choć byłam tam już któryś raz z kolei, nie nosiłam nigdy ze sobą mapy Gór Opawskich, to tym razem coś mnie pokusiło, by ją zapakować do plecaka. I co! Obraliśmy nową trasę powrotną. Co prawda nie wyjdziemy od razu na parking, trzeba będzie nadrobić jakieś kilometry.

Dokładniej to wyszliśmy w Jarnołtówku. Po drodze udało nam się wyczaić sarnę, poznać nowe szlaki, odkryć trochę innej miejscowości. O tyle było to do zniesienia, że wyszliśmy blisko granicy Jarnołtówka z Pokrzywną, więc trasa była krótsza niż nam się wydawało. Dlatego ucząc się na moich błędach polecam brać ze sobą mapy. Nawet jeśli myślicie, że znacie ten teren jak własną kieszeń, to wiedzcie, że kieszeń potrafi być dziurawa. Tyle z mojego opowiadania! :) 
















4 komentarze:

  1. Myślę, że kolejny rok będzie pod znakiem górskich wędrówek, pełnych przygody i obcowania z przyrodą. Może poznamy nowe szlaki, wdrapiemy się na nowe szczyty, będziemy się delektować pięknymi widokami. Tak więc przygodę z górami w 2016 r. uznaję za otwartą.

    OdpowiedzUsuń
  2. I w Opawskie też zawitała zima :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to niespodziewanie, bo kolega mówił, że w Sylwestra była bardziej wiosna :)

      Usuń