Sudety: Kowadło i Rudawiec

Jeśli mnie pamięć nie myli to w Górach Złotych pierwszy raz byłam zeszłej jesieni. Zdobywałam wtedy Jawornik Wielki i od tego momentu urzekł mnie spokój jaki panuje na tych szlakach. Wydaje mi się, a raczej jestem tego pewna, iż góry te nie należą do popularnych może ze względu na wysokość. Ja siedząc w ciepłym pomieszczeniu ciągle powracam myślami do ostatniej wycieczki. Mimo, iż totalnie wymęczyłam swoje łydki to zgarnęłam przy tym ogromny dzban szczęścia. Zapraszam!

Od zeszłej soboty miano najpiękniejszego miejsca w Polsce zyskują Góry Złote i Bialskie. To co tam się znajduje i w jakiej formie, przerasta ludzkie pojęcie. Można wyciągać pozytywy z tego, że są one pasmami, które odwiedzane są raz na ruski rok. Jest spokój i wtedy człowiek odnajduje swoją wewnętrzną harmonię. Ja odnalazłam, wy też możecie.

Wędrowanie zaczynamy od niewielkiej wsi położonej w województwie dolnośląskim o nazwie Bielice. Jedynym miejscem, które jako tako może poszczycić się dużą frekwencją odwiedzających jest Chata Cyborga czyli stare schronisko przemianowane na pensjonat.

Przed rozruchem zaczerpnęliśmy jeszcze trochę informacji od innych przyjezdnych, którzy przyjechali w to miejsce aby sprawdzić czy teren ten nadaje się na biegówki, czy trasy są odpowiednio przygotowane. Razem z nimi przyjechał przesympatyczny, dużych rozmiarów, czworonog.

Szlak początkowo wiedzie drogą przygotowaną dla uprzywilejowanych pojazdów, by po około kwadransie zmienić bieg na leśną ścieżkę. Po drodze polecam przystanąć, by choć przez chwilkę spojrzeć w oddalającą się z każdym krokiem wieś - początkowy punkt. My niestety walczyliśmy z mlekiem czyli warunkami, które nie pozwalały w pełni cieszyć się rozległym krajobrazem.



Na parkingu dostaliśmy jeszcze informacje, że prawdopodobnie będą potrzebne nam raki, ponieważ przy partii szczytowej może być szlak oblodzony. Trochę się zaniepokoiliśmy, bo jakoś nie przyszło nam na myśl, by w takie góry brać ze sobą sprzęt. Ale przezorny zawsze ubezpieczony. My balansowaliśmy na granicy ryzyka. Może trochę przerysowałam, ale warunki były sprzyjające. Śnieg idealnie współgrał z podeszwą buta, przez co stabilnie stawialiśmy kroki. W partii podszczytowej faktycznie były problemy, ale nie do końca związane ze ślizgawką. Po prostu było większe nachylenie stoku przez co trzeba było uważać na każdy ruch. Podsumowując ten fragment: zero stresu, przemyślane ruchy!

Tak do godzinki udało nam się odnaleźć szczyt należący do KGP czyli Korony Gór Polski. Jest ogromna radość. Zdobycie góry połączone z sielskim krajobrazem. Wszystko takie zamknięte w śnieżnych płatach śniegu. Cisza, ani jednego ruchu, tylko my! To jest ta wolność, której zawsze poszukuję. Wskazówka dla Was: pakować plecak, sięgać po mapę i ruszać, bez chwili namysłu!










Zauważyłam, że bardzo emocjonalnie podchodzę do opisu wycieczek. Ale jeśli ktoś choć raz był w górach, ten wie co czuje się w danej chwili. W ogóle to nasze plany co do dalszej trasy zmieniały się z minuty na minutę. Raz chcieliśmy wracać tą samą ścieżką do Bielic i później indywidualnie wejść na Rudawiec, raz zamarzył nam się długi dystans czyli wędrówka wzdłuż granicy.

Mieliśmy to szczęście, że w drodze powrotnej z Kowadła udało nam się spotkać tubylca, czyli panią która te szlaki zna jak własną kieszeń. Podzieliła się z nami wieloma przydatnymi informacjami, przez co byliśmy gotowi kontynuować naszą wędrówkę. Obraliśmy wariant drugi czyli wejście na szlak żółty, przejście wzdłuż granicy i zdobycie najwyższego szczytu Gór Bialskich. Sięgnąć po dwa szczyty należące do KGP w jeden dzień to jest wyczyn.

Po zejściu z tego cięższego fragmentu podejścia na Kowadło mamy nieformalny punkt widokowy, z którego w akompaniamencie chmur wyłaniają nam się szczyty jakimi będziemy podążać kilka godzin później i wieś, do której ostatecznie mamy trafić.




Co do tej części szlaku to mam mieszane uczucia. Początkowo jest świetnie, wręcz rewelacyjnie. Jedyne co na świeżym śniegu dało się zauważyć to odbite ślady zwierzyny leśnej. Kolejny argument na to, że jesteśmy na końcu świata..tfuu Polski. Jeśli mnie pamięć nie myli, to do samego końca żółtego szlaku trasa jest przyjemnością, a co istotne to śnieg, w którym nie zanurzały się nasze kolana.

Teraz chciałabym napomknąć trochę o tym rozczarowaniu. Jestem świadoma tego, że góry są na granicy państwowej i dostęp do nich ma każdy. Ale myślałam, że jak się idzie w góry to spotyka się chociażby kulturalnych ludzi. Fakt, moja trasa w późniejszej fazie nie prowadziła szlakiem, ale to nie oznacza, żeby turystów wędrujących traktować jak bydło. Spotkałam się niestety z niekulturalnym zachowaniem jednego z Czechów, który uprawiał turystykę kwalifikowaną na biegówkach. Okej, fajna sprawa, cieszę się że ludzie częściej uprawiają sport. Ale na litość boską, szanujmy się nawzajem.

Nas była trójka i chcieliśmy spokojnie przejść ten długi odcinek drogi. Widzieliśmy, że na śniegu były wytyczone dwie trasy narciarskie, dlatego staraliśmy się iść tak by nikomu nie przeszkodzić w skupieniu a tym bardziej nie zniszczyć śladów. No niestety, takie jest życie. Nie wszystkim da się dogodzić. Na szczęście było to tylko kilkusekundowe spotkanie, które w lekkim stopniu wpłynęło na nasze humory, ale szybko się ulotniło.

Po dość monotonnym okresie trasy, dotarliśmy wreszcie na szlak zielony i kontynuując wędrówkę zdobywaliśmy ostatni szczyt programu - Rudawiec. W tym momencie pogoda się popsuła, zaczął padać mrożący śnieg. Byliśmy już tak blisko, że nie opłacała nam się rezygnacja z planów. Przy tabliczce oznaczającej wierzchołek mieliśmy kolejną przyjemność rozmowy z turystami, którzy z zamiłowaniem opowiadali nam o swoich życiowych szlakach i doradzali nam okoliczne trasy.

W drodze powrotnej naszła mnie refleksja, że lepiej wybrać trasę, którą my pokonaliśmy, dzięki czemu unikniemy ostrego i wyczerpującego podejścia pod górę jakie było z Bielic na Rudawiec. Tak na przyszłość, jakby ktoś się chciał wybrać. Fajne było też to, że schodząc mieliśmy widok na skałę o nazwie Pasieczna, obok której przechodziliśmy w godzinach rannych. Dodatkową wskazówką można uznać informacje, że na trasie granicznej lepiej zaopatrzyć się w rakiety śnieżne, bo bez nich łydki dostają nieźle w kość. Ale po tygodniowym odpoczynku wszystko wróciło do normy. Ja się z Wami żegnam i zostawiam z dalszą częścią zdjęć!












4 komentarze:

  1. "Zauważyłam, że bardzo emocjonalnie podchodzę do opisu wycieczek. Ale jeśli ktoś choć raz był w górach, ten wie co czuje się w danej chwili". - taka forma przemawia najbardziej. Jesteś wtedy prawdziwa :) Widzę, że ostro wzięłaś się za KGP i nawet zima Ci nie straszna. Super :) Ciekawa jestem czy w Puszczy Śnieżnej Białki stoi jeszcze wiata, w której kiedyś nocowałam. W ogóle to miejsce jest bardzo specyficzne. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. KGP jest raczej w tle mojego wędrowania, ale jest radość po zdobyciu najwyższego szczytu danego pasma. Zimą lepiej chodzi się po górach, bo rzadziej spotyka się tłumy turystów, a i na piękne krajobrazy można zobaczyć :) Pozdrawiam gorąco :)

      Usuń
    2. Wiata stoi, przynajmniej w zeszłym roku była :)

      Fajna wycieczka, a rakiety zawsze warto mieć jak jest śnieg :) Też kiedyś miałem spotkanie z narciarzem biegówkowym, który uważał się za pana i władcę wszystkich zimowych szlaków. No nic, trzeba go było olać i iść dalej.

      Usuń
    3. Uff, myślałam że tylko ja zostałam tak potraktowana przez biegaczy. Z rakietami jeszcze nie miałam styczności, ale pomyślę na przyszłość :)

      Usuń