Czeska strona Masywu Śnieżnika

Nie za bardzo jestem zwolenniczką ingerowania człowieka w naturę. A tym bardziej, jeśli dzieje się to w miejscu, gdzie najbardziej pragnę wypocząć od wszelakiej infrastruktury. Z drugiej strony niektóre pomysły wydają się być interesujące i trafne, ale należy pamiętać, że to tylko wyjątki. To jak kropla czystej wody w przeogromnym bagnie. Zapraszam Was na spacer do kultowego i popularnego miejsca na czeskich włościach.


Na początku był chaos. A później zdobyliśmy się na odwagę i szturmowanie czeskich gór okazało się wielkim - olbrzymim - niesamowitym sukcesem. Po pierwsze postawiliśmy się pogodzie, po drugie postawiliśmy się warunkom na szlaku, po trzecie walczyliśmy z szalejącym wiatrem, by na końcu trafić na najlepszego (jak na razie) schaboszczaka u naszych południowych sąsiadów. To tak w skrócie. A teraz przejdźmy do rzeczy.

Za cel mieliśmy Dolni Moravę, z której powinniśmy pędzikiem wystartować na szlak. Niestety na naszej drodze, przed Kłodzkiem, doszło do śmiertelnego wypadku, co sprawiło, że zmuszeni zostaliśmy do obrania innej drogi, skutkiem czego opóźniło się nasze wyjście na trasę. Jechać sporych rozmiarów autokarem po górskiej drodze pełnej zakrętów jest nie lada wyczynem.

Podejście do Chaty Navrsi
Odstawmy na bok nasz pojazd i wyruszmy wreszcie w naturę/do natury. Mieściną, do której dotarliśmy były Stribrnice czyli miejscowość stricte przygotowana dla turystów z zamiłowaniem do nart. O tej porze roku wszystko było już pozamykane, a życie społeczne na pewien czas zamarło. Ciekawe jak to wszystko wygląda za czasów padającego białego puchu?

Pierwszym rozruchem, dość intensywnym, jest podejście do Chaty Navrsi czyli niewielkiego schroniska. Jako, iż trafiliśmy na nieciekawe warunki pogodowe, narodziły się dwa warianty wycieczki. Albo całość trasy pokonujemy używając własnych nóg i zmierzając się z lekką mżawką a później istnym wiatrzyskiem, albo wracamy do autokaru i podjeżdżamy do Dolnej Moravy.

Jestem wielką zwolenniczką długich dystansów pokonywanych w górach, także bez wielkich rozmyślań pakuję plecak na plecy i zaczynam przedzierać się przez zaśnieżony szlak.

Chata Navrsi
Pierwsze kroki na ośnieżonym szlaku
Bardzo przyjemnie spacerowało się tym odcinkiem szlaku, gdyż nie wymagał on od nas jakiegokolwiek zaangażowania wysiłkowego. Niestety nasilona mgła w żaden sposób nie chciała nas udobruchać i cały widok postanowiła zakryć. A szkoda!

Dochodzimy wreszcie do kolejnego punktu jakim jest Nad Adelinym Pramenem, by ostatecznie trafić na Stribnicka Sedlo. Od tego momentu cały przyjemny szlak poszedł w..inną stronę. Teraz zaczyna się istna zabawa, z której zabrałam niemałą pamiątkę.

Wspominałam już, że walczyliśmy z warunkami na szlaku. A te były nieubłaganie przeciwne dla nas. Spora ilość śniegu w niektórych miejscach sprawiała, że nasze brzuchy ćwiczyły swoje mięśnie od ciągłego śmiechu z zapadania się w ogromnych zaspach. Wpadasz jedną nogą, śmiejesz się. Próbujesz wyjść, śmiejesz się. Gdy ci się wreszcie udaje wydostać, wpadasz następną. I tak w koło macieja. W pewnym momencie natrafiłam na miejsce lekko zlodowaciałe i jak wpadłam, to wypadłam z pięknym sinym znakiem pod kolanem. Ale warto było!



Zlodowaciała choinka
Zdecydowanie na ten fragment szlaku musieliśmy poświęcić więcej czasu. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że szłyśmy w czołówce co znaczyło, że to my przecierałyśmy szlak. I jak na nas przystało, trochę się w tym pogubiłyśmy, ale nie na długo. Kiedy z niebieskiego przeskakujemy na zielony, to trzeba uważać i pilnować znaków. Dodam jeszcze informację, że tą trasą prowadzi strumyczek, który później wspominałam w swoich butach, kiedy woda przepływała od palców do pięt. Same atrakcje, pamiątki, wrażenia. A co!

Po pokonaniu leśnej ścieżki wychodzimy wreszcie na drogę dla uprzywilejowanych pojazdów, z której udaje nam się na krótką chwilę zaobserwować, sporych rozmiarów, wieżę widokową. Niby wydaje się, że odległość wcale nie taka duża, a idzie się i idzie i końca nie widać. Trzeba być czujnym, gdyż przy wyciągu trasa skręca w lewo, czyli najzwyczajniej w świecie przecinamy trasę narciarską.

Pełni optymizmu i wyczerpania z radością pędzimy do schroniska, by móc jedynie... pocałować klamkę. No tak, sezon się skończył, zarobić już nie chcą. I właśnie na tym terenie dane nam było łapać swoje głowy podczas wiejącego, z dużą prędkością, wiatru. Skoro schronisko zamknięte to i słynna kładka nie była możliwa do zwiedzenia. Lekki niedosyt jest, ale worek pełen wrażeń - bezcenny.

Wieża widokowa

Przy zejściu wcale nie było tak łatwo. Na początku idziemy szlakiem turystycznym, który przecina się ze ścieżką rowerową. Później albo my zgubiliśmy po raz kolejny szlak, albo nie został on dobrze oznakowany. Kilka chwil błądzenia, aż wreszcie postanowiliśmy znowy przeciąć trasę zjazdową, czym zyskaliśmy czas na schodzeniu.

I tak pięknym, optymistycznym akcentem zasiedliśmy w jednej z otwartych knajp i zajadaliśmy się ciepłymi potrawami. SCHABOSZCZAK godny polecenia! Na zakończenie dowiedzieliśmy się jeszcze, że Czesi ponoć pozamykali kilka szlaków z powodu kiepskich warunków. To co? Oszukaliśmy przeznaczenie?! :)


Okolice Chaty Navrsi





2 komentarze:

  1. Czeska tragikomedia :) Po drodze mieliśmy wszystkie pory roku (oczywiście oprócz lata) był deszcz, który im wyżej zmieniał się w śnieg, był silny wiatr, który momentami rzucał nas na kolana, była mgła, która zasłoniła nam widoki. Ale za to było wesoło i to jest najważniejsze. Wieża zamknięta - to nic - będzie to pretekst do powrotu w to miejsce.

    OdpowiedzUsuń