Malownicza wyprawa w Jesionikach

Pradziad. Zdecydowanie jedna z najbardziej rozpoznawalnych gór w Czechach. Uwielbiana przez turystów, czego owocem są masowe odwiedziny najwyższego szczytu Jesioników. Zabieram Was w teren, mimo iż wyasfaltowany, to z kawałkami totalnej dziczy. To był spacer ze skutkiem ubocznym, o czym wspomnę nieco niżej. Dorzucę jeszcze na wstępie informację, iż wyprawa była połączeniem imprezy urodzinowej mojej najwierniejszej (rówieśniczki) towarzyszki podróży.


Około godziny dziesiątej meldujemy się na parkingu w Karlovej Studance. Miejscowości, która wpadła mi w oko już jakiś czas temu (tutaj). Po szybkim rozeznaniu stwierdzamy, że w wyższych partiach gór będzie sporo turystów. Pakujemy wszystko co potrzebne, zamieniami buty miejskie na trapery i śmigamy za niebieskim/żółtym szlakiem.

Na początek docieramy do wodospadu, który znajduje się tuż zaraz za parkingiem. Do specjalnej butelki nabieramy trochę wody, by w chwilach oddechu zaczerpnąć dodatkowej energii*. Ruszamy dalej, przez krótki fragment asfaltówki natrafiamy już na właściwą drogę i spokojnym krokiem udajemy się do celu.



Dolina Białej Opawy.

Szlak jest świetnie zagospodarowany dla miłośników przyrody. Jeśli również lubicie coś pokroju pienińskiego Wąwozu Homole (tutaj) - dobrze trafiliście. Trasa uatrakcyjniona wieloma kładkami, dzięki którym szumiący potok możemy podziwiać ze wszystkich stron. Głośno spadające kaskady wodne szybko zmywają ze mnie całe zmęczenie pozwalając przy tym w przyjemny sposób się zrelaksować.

Mimo wszystko trzeba się pilnować, bo szlak do najłatwiejszych nie należy. Momentami natrafiamy na odcinki skalne, przez które przepływa sobie woda. A jak wiadomo nie od dziś, mokre skały potrafią nieźle dać popalić.




NAD VODOPADY BILE OPAVY

Kolejny punkt, po wyczerpującym nieco podejściu. W tym momencie łączymy szlak żółty (którym przyszliśmy) ze szlakiem niebieskim i zalesioną ścieżką pniemy do przodu. Pogoda zaczyna się zmieniać w porównaniu do początku trasy, przybyło na szczęście trochę chmur, dzięki czemu mogliśmy odczuć długo wyczekiwany wiaterek.

Docieramy do Horskiej Chaty Barborki, gdzie robimy dłuższy postój na posiłek. Z dala od wielkiego tłumu turystów siedzących przy stolikach, wybieramy miejsce nieco spokojniejsze - desant trawiasty. Zaspokajamy własne organizmy dodając im trochę kalorii w postaci batonów i więcej energii z opawskiego źródła.



Od tego momentu zaczyna się już poważne szturmowanie Pradziada. Wychodzimy na gorący asfalt i śmigamy robiąc przy tym niezły slalom. Jedno, co mi zapadnie w pamięć, to fakt że aby dojść na sam szczyt, trzeba go okrążyć. Zapowiada się nieźle.

Asfaltówka nie męczy nas tak bardzo, jak to zwykle bywa. Przez całą trasę mamy widok na pobliskie szczyty takie jak Petrovy Kameny czy Dlouhe Strane z elektrownią i jeziorem. Na Śnieżnik ciężko spojrzeć, bo przez cały czas schowany jest w chmurach.

Ogromnym zdziwieniem były dla mnie hulajnogi, mijane co jakiś czas. Myślę, że to fajna inicjatywa, ale bardziej po mniej stromych trasach. Tutaj droga nie należy do prostych a i tłumy ludzi zawsze ciągną na szczyt. Myślę, że to bardziej niebezpieczne niż funkcjonalne. Zwłaszcza jak widzę, że osoby w bardzo młodym wieku pędzą bez jakiegokolwiek zabezpieczenia.



Petrovy Kameny

PRADZIAD (1491 m n.p.m.)

Docieramy na szczyt, który udekorowany jest, w sporych rozmiarów, wieżę telewizyjną. We jej wnętrzu można skorzystać z usług gastronomicznych i tak też myśmy uczynili. Co prawda w środku było gwarno i tłoczno, więc zostało nam tylko czekać aż zwolni się stolik dla siedmiu osób. (Tyle liczyła nas grupa szturmująca Pradziad)

Zawsze ciekawiły mnie kuchnie z różnych stron świata. Postanowiłam, że zamiast sztandarowego schaboszczaka wypróbuję specjały kuchni czeskiej. Wybór padł na knedliki z gulaszem, które z przeogromnym apetytem zjadłam. Danie jak najbardziej do polecenia, jeśli ktoś chciałby spróbować to kosztuje około 125 koron czeskich a porcje jak dla wojska.

Po spełnieniu wszystkich zapotrzebowań udajemy się w drogę powrotną. Tym razem ciągniemy asfaltówką aż do Ovczarni, skąd zabierze nas kursujący wahadłowo autobus. Co prawda na jeden się spóźniliśmy, także dane nam było czekać w pełnym słońcu na kolejny.


Z Ovczarni krętą drogą dostajemy się do Karlovej Studanki, w której pozostawiliśmy pojazd. Zmieniamy trapery na miejscowe cichobiegi i w pełnej wygodzie wracamy do Opola. Po drodze zahaczamy jeszcze o miejsce w Karlovej, skąd, towarzysze wycieczki, do butelek pobierają leczniczą wodę.

*Miałam wspomnieć o wodzie z Pradziada to wspominam. Po tej wycieczce wraz z moją najwierniejszą towarzyszką nabawiłyśmy się jelitówki. Jesteśmy w 99 procentach pewne, że przyczyną było konsumowanie wody Bilej Opavy - prawdopodobnie nabranej w dolnych partiach potoku. Chociaż nie ukrywam u góry również razem ją spożywałyśmy. Także z własnego doświadczenia polecam uważać na tego typu akcje, ale nie wykluczam, że w przyszłości nadal będę korzystać z naturalnych zasobów.

Trzymajcie się ciepło!

3 komentarze:

  1. Potwierdzam, górska woda dodała nam momentami skrzydeł, po czym jednak nas uziemiła na kilka dni w domu :D pozdrawiam najlepszego zawodnika wycieczki - Karolinę :)

    Dominika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panczix trafiła na bloga :) Pozdrawiam Cię i do następnej wyprawy :*

      Usuń
  2. Nie lubię tego asfaltu na Pradziadzie, ale za to trasa szlakiem Bilej Opavy przepiękna! Warto tam wracać :)

    OdpowiedzUsuń