Wędrówka, że końca nie widać

Góry Bystrzyckie. Przepiękny rejon do podziwiania Masywu Śnieżnika jak i czeskich wzniesień. To tam rysował mi się obraz drewnianego domku, w którym chciałabym przeżyć swoje życie. Cisza, spokój, a momentami nawet dzikość. Zapraszam na relację!


Polska. Polskie góry zdecydowanie są dla mnie najciekawszą odskocznią od wszystkiego. Najbardziej cieszę się z momentu, gdy mój podróżniczy rytm wyznacza trasę w stronę Sudetów. Usiądźcie wygodnie, zabiorę Was w trasę gdzie jedynym problemem wycieczki był brak problemów.

Dojeżdżamy do Gniewoszowa, niewielkiej wsi ulokowanej w województwie dolnośląskim. Może nie tak dosłownie dojeżdżamy, gdyż wymarsz rozpoczynamy z leśnego punktu kierującego nas na szlak niebieski. Wśród powoli budzącej się do życia roślinności, zmierzamy ku ruinom zamku Szczerba.

Wiata turystyczna - miejsce na postój
Świeżość jaką osiągnęliśmy podczas jazdy autokarem pozwoliła nam na spokojne pokonywanie odległości. Czas na postój przenosimy nieco wyżej. A szlak? Cudowny. Świeżym, zielonym laskiem wkraczamy w otwartą przestrzeń z wielkimi połaciamy rozległych polan. Dookoła rozpościerają się niewielkie pasma górskie, tworząc przy tym okrąg, a nas zamykając w samym środku.

Docieramy do jaskini, która od razu wprawia nas w chęć eksploracji. Zaopatrzamy się w czołówki i powolnym krokiem schodzimy do jej czeluści. Im dalej w głąb, tym odczuwamy diametralny spadek temperatury jak i wysoką wilgotność, a spadające ze ścian krople dodatkowo utrudniają nam spokojne poruszanie się w tym jakże wąskim terenie.

Solna Jama. Swoją nazwę zawdzięcza legendzie mówiącej o wydarzeniu związanym z mieszkańcami Różanki. Prawdopodobnie widzieli oni owce, które w czasie swojego wypoczynku zaczęły lizać ściany jaskini, czując na niej lekki posmak soli. Mało przekonywująca i atrakcyjna przypowieść i geneza nazwy, ale niech będzie.



Na trasie, zwłaszcza w sezonie letnim, bardzo przydają się przybory zaliczane do wszelakiej maści menażek. A tym bardziej okazują się przydatne, gdy podczas wędrówki towarzyszy nam orzeźwiający potok. Nie dość, że piękny odgłos potrafiący rozluźnić niejednego turystę, to dodatkowo przekazuje ogromną dawkę energii.

Sam szlak do jaskini nie prowadzi, trzeba lekko odbić na lewo i wspiąć się na niewielkie wzniesienie. Jak już odhaczymy ten punkt, możemy dalej śmigać do przodu. Zostawiamy przyjemny las za sobą i wychodzimy na otwarty teren. Pogoda fenomenalna na opalanie, na wędrówki już gorzej. Ostre słońce daje o sobie znać, tym bardziej jeśli czeka nas droga ciągle pod górę. Z niebieskiej farby przerzucamy się na czerń.



I tak w powolnym tempie mijamy sobie opuszczoną przyczepę, z której to już tylko pozostały fragmenty pełne drewna. Natrafiamy oczywiście jeszcze na strzałkę, którą przygotowali nam wcześniej przemierzający członkowie koła. Na początku wycieczki ustaliliśmy, że w miejscach ciężko oznakowanych będą zostawiać nam wskazówkę jak przemierzać dalej i gdzie się kierować. Powiem Wam - zdało to egzamin!




Docieramy do Lesicy, niewielkiej wsi ulokowanej w krajobrazowym miejscu. To tutaj na dłużej spoczywamy, by delektować się widokami. Co prawda, według statystyk, żyje tutaj około 43 mieszkańców, ale przypatrując się mijanym później domostwom widać zanikające życie społeczne.






Teraz pełne skupienie, jesteśmy w czołówce grupy i to na nas spoczywa szukanie dobrej drogi. Do teraz nie wiem jakim cudem pomyliliśmy czy inaczej mówiąc pogubiliśmy szlak, którym docelowo mieliśmy dojść na granicę z południowymi sąsiadami. Co prawda wyszliśmy na asfaltówkę, ale nadrabianie straconej odległości nie należało do najprzyjemniejszych.

Po dotarciu na granicę odnajdujemy się szybko w terenie i obieramy kolejny kolor, którym będziemy podążać. Trafia na zieleń i wzdłuż granicy, przez przyjemne łąki zmierzamy wprost do Przełęczy Międzyleskiej. Trasa nieźle dała nam w kość, a co nas najbardziej zdziwiło? Chyba fakt, że w którymś momencie zielonego szlaku przecinamy tory kolejowe. Dziwna sytuacja, mało bezpieczna dla turystów.

Na koniec wycieczki trafiamy do Zajazdu Byczy Róg, w którym to zaspokajamy swoje potrzeby związane z gastronomią. Tym razem na stół wjechała pomidorowa wraz z pierogami ruskimi. Lekki odpoczynek od niezastąpionych schaboszczaków. To był wyczerpujący, pełen wrażeń dzień. Chętnie wybrałabym się jeszcze raz!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz