Turystyczna patelnia - wygrzewanie się na szlakach Baraniej Góry

Bardzo mocno zraziłam się do Baraniej Góry, gdy pamiętnego czasu miałam nieudolne schodzenie. Na czworaka, niedźwiadka czy jak inaczej jeszcze można to określić. Niby niewinna górka, a sprawiła w mojej psychice nietuzinkową zagwostkę, czy chcę dalej kontynuować swoją pasję. Ostatnio dałam jej szansę, pomyślałam, że "nic się nie zdarzy, dwa razy". I wiecie co? Polubiłyśmy się na nowo.


Dość niemrawo przychodziło mi przypominanie sobie trasy, utrwalanie jej w głowie. W końcu nie był to mój pierwszy raz na tej górze. Pamiętałam, że gdzieś trzeba było skręcić, tu coś obejrzeć, tam zrobić czas na odpoczynek. Wszystko pamiętałam, ale w głębi siebie starałam stworzyć cały obraz od początku.

Wyruszyłam na asfaltówkę, która coś często pojawia się na mojej drodze. Planowo według prognoz pogody w południe słońce ma nieźle przypiec. Już od wczesnych godzin trafiamy na lekką duchotę połączoną z wilgocią. Wezbrany potok, który towarzyszy nam raz po jednej stronie, raz po drugiej, to jeden z dopływów naszej rodzimej Wisły.

Jedno Z ulubionych rzeczy do fotografowania

Kochany asfalt <3
Wędrujemy wzdłuż Czarnej Wisełki, przy lekko zroszonej roślinności i ulotnych odgłosach ptaków ukrytych w konarach drzew. Trzymam się czarnego szlaku, który przysparza mnie o monotonię. W takich chwilach człowiek ma przynajmniej szansę na wiele przemyśleń. Szlak nie jest wymagający, nie potrzebuje skupienia, wystarczy co jakiś czas rzucić okiem, czy go przypadkiem nie przegapiliśmy.

Docieramy do rozwidlenia, gdzie podchodząc do drogowskazu zauważamy nowość w postaci czerwonej farby. W tej chwili trasa będzie prowadzić właśnie tym kolorem. Przed oczami ukazuje mi się obraz nieudolnego chodzenia po asfalcie, który nijak pozwalał nam na spokojne maszerowanie.

*To był maj, albo końcówka kwietnia. Sama nie wiem. Droga zmrożona, boki niestabilne a my brniemy do góry jak te ostatnie osły. Co prawda przygotowani na taką sytuację, ale z doświadczeniem trochę kiepsko. Gdzieś je w końcu trzeba nabrać. Także idziemy, co z tego że pod podeszwą świeci nam się na żółto znaczek Vibram jak nogi rozjeżdżają się na wszystkie możliwe strony*

Tak wyglądało nasze pierwsze obcowanie w tym terenie. Teraz jest o wiele lepiej. Cały czas kierujemy się za czerwoną farbą, nasz teren z asfaltu zmienia się na lekkie podejście, które w mocnych promieniach słońca miarowo ogranicza nasze możliwości kondycyjne. Ale nie jest źle, nawadniamy się elektrolitami i kontynuujemy. Przez chwilę nasz odcinek zostanie przecięty przez asfaltówkę, która pewnie wije się aż do samego schroniska...wróć "Izby Leśnej".

Widok z podejścia, cieszy oczy ta zielonkawa barwa
Do Izby trafiamy tylko na chwilę, bardziej z ciekawości. To w jaki sposób przygotowana jest wystawa leśna jest istnym strzałem w dychę. Musicie zobaczyć to na własne oczy.

Jesteśmy już rzut beretem od schroniska, według mnie najgorszego ze wszystkich schronisk w naszych górach. Dużo osób mówi, że Chatka Puchatka jest gorsza, a ja myślę, że w chatce jeszcze da się znaleźć jakikolwiek klimat niż w tej hangarze. Z tego co słyszałam to ponoć ruszył remont. Pożyjemy, zobaczymy.

Po krótkim postoju stwierdzam, że nie jestem na tyle zmęczona by zagłębiać się w tym miejscu na dłuższy odpoczynek. Postanawiam, z kilkoma jeszcze osobami, rozpocząć akcję szturmowania Baraniej Góry. Przerzucamy się na szlak niebieski i zielony, powolnym krokiem zmierzając do celu. O ile w okresie śnieżnego dywanu droga ze schroniska na szczyt była jak bułka z masłem, o tyle w sezonie gorącego słońca wszystkie kamienie, kamyczki i kamole są najgorszą przeszkodą do przejścia.

Po godzinie wędrówki docieramy do charakterystycznego punktu jakim jest wieża widokowa. A to świadczy o tym, że Barania Góra (1220 m n.p.m.) została przejęta przez niestrudzonych maniaków wycieczek górskich. Wiecie jak trudno opisać jest widok ze szczytu! Pasma, które w pełnej krasie otaczają nas z każdej strony. Mimo tak pięknego widoku coś innego łapie mnie jednak za serce.. Te łyse polany, zniszczone przez niepohamowane wichury.

Podejście na Baranią, idealny punkt widokowy na porobienie zdjęć


Ze szczytu kierujemy się na Magurkę Wiślańską szlakiem zielonym i będziemy nim podążać aż do Malinowskiej Skały. Mając to szczęście trafiła nam się idealna pogoda, która pozwoliła nam podziwiać okoliczne szlaki ze Skrzyczne na czele. To z prawej, to z lewej, z przodu, z tyłu. Ze wszystkich możliwych stron obserwowała nas najwyższa góra Beskidu Śląskiego.

Niekiedy trafialiśmy na moment, w którym góra odcinała nas od świeżego powietrza i czuliśmy na sobie ogromny zaduch. Jest to dość uciążliwy aspekt, patrząc z perspektywy wędrowcy, któremu pozostało jeszcze sporo do przejścia a energii ubywa jak diabli.


Docieramy do Magurki Wiślańskiej (1140 m n.p.m.), wzniesienia, na którym po raz ostatni towarzyszy nam szlak czerwony. On odchodzi na Magurkę Radziechowską (1097 m n.p.m.), a my za zielenią ciągniemy do Gawlasa na wysokość 1077 metrów nad poziomem morza. Widoki mamy niezmienne, ale nadal zachwycające.

Dopiero na tym odcinku trasy natrafiamy na większy ruch turystyczny. Chociaż i na Baraniej zdarzały się pojedyncze sztuki. Zauważyłam, że szlaki w dużej mierze zostały zdewastowane. O ile o rozrysowanie ich na drzewach nie ma co się martwić, o tyle tabliczki nie wszystkie są tam gdzie powinny. A raczej ich brakuje, więc jeśli ktoś decyduje się na wymarsz bez mapy, to lepiej niech się po nią wróci. Albo idzie na czuja.

Tutaj jeszcze wszystkie tabliczki są, ale później jest gorzej
Teoretycznie wydawało nam się, że podejście na Malinowską Skałę (1152 m n.p.m.) jest naszym ostatnim w tym dniu, o tyle w praktyce czekał na nas jeszcze Malinów ( 1114 m n.p.m.). Uwierzcie, że po głowie pełnej myśli, że to już koniec i można spokojnie schodzić w dół, ciężko przyjąć informację o kolejnym podejściu przy wyczerpanym limice energii. Ale wejść trzeba, bo czas goni.

I tak ostatkiem wszystkiego docieramy na górę. Bierzemy głęboki oddech, sprawdzamy godzinę. Zostało nam piętnaście minut do meczu Polska - Szwajcaria. Kalkulujemy, że jeśli się sprężymy to może na koniec pierwszej połowy trafimy. Dziesięć minut do meczu, a my nadal w górach. Włączamy szybszy bieg, lecimy na łeb, na szyję.

Malinowska Skała w całej okazałości, a w tle Skrzyczne
Bijemy chyba wszelkie rekordy, bo odcinek który powinniśmy pokonać w pół godziny, zaliczamy w  dziesięć minut. I wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze? Na Przełęczy Salmopolskiej nie ma ani jednego telewizora, co przyprawia mnie o totalną rozpacz. Nie jestem jakimś maniakiem, który całe noce zarywa by siedzieć przed urządzeniem i wpatrywać się w ekran. Ja po prostu chciałam wesprzeć naszych Orłów.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zajmujemy jedną z wolnych ławek przy jakiejś restauracji, zamawiamy jedzenie i włączamy transmisję danych. Po półtorej godziny przepędza nas ulewa, która pojawiła się zupełnie nie wiadomo skąd. Przenosimy się do środka, w momencie gdy nasi zaczynają strzelać rzuty karne. Okupujemy jeden stolik, by wspólnie trzymać kciuki za piłkarzy. Chyba energia z gór, którą im przesyłaliśmy poskutkowała. POKONALIŚMY SZWAJCARIĘ!

To był wyczerpujący dzień. Ale jeden z piękniejszych!

5 komentarzy:

  1. Świetnie napisane, wycieczka, choć wyczerpująca, w pełnym słońcu, skwarze i duchocie to w świetnym towarzystwie wędrownego trampa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, niezawodna załoga TRAMPA :)

      Usuń
  2. Trump Donald szedł z Wami ??
    Pozdrawiam spod rzeczonej górki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem pytania. Również pozdrawiam ;)

      Usuń
    2. mniejsza o to.
      miłego wędrowania życzę

      Usuń