Zaglądamy w głąb Czech

Chcielibyście kiedyś zajrzeć w głąb Ziemi? Albo zobaczyć jaskinię, której ściany wyglądają jak wystawy z pączkami? A może wolicie przemierzać szlaki i natrafiać na ruiny zamków? Dobra, nie trzymam Was już w niepewności i zabieram w te trzy miejsca za jednym zamachem. Wszyscy na pokładzie? Możemy ruszać. Kierunek - Czechy.

Zamek Kunzov
Docieramy do Radikova, skąd rozpoczyna się nasza wędrówka. Drogą asfaltową od przystanku autobusowego kierujemy się w dół, gdzie za zakrętem czeka na nas zamek Kunzov. Budynek został zbudowany na początku lat dwudziestych w stylu neogotyckim. Pełnił funkcję rezydencjonalną, najczęściej w porze letniej, a jego pierwotnym właścicielem był Antonin Kunz.

Gród okala sporych rozmiarów mur, a w jego kątach ulokowane są wieżyczki. Wejście do zamku ozdabia monumentalna brama, gdzie po obu jej stronach dominują dwa potężne lwy trzymające herby Moraw i Śląska. Aby trochę unowocześnić budowlę, dodano - a jakże - szpetne rusztowanie. Ciekawe czy jakieś prace remontowe trwają, czy po prostu postawiono to jako "ozdobę".

Zamek Kunzov
Przez pierwsze fragmenty niebieskiego szlaku towarzyszyć nam będzie Uhrinovsky potok, a raczej jego nazwa na mapie. Ciężko go z początku wypatrzyć, bo albo oddziela nas od niego gęstwina drzew i krzewów z malinami albo jest totalnie wyschnięty.

W dalszej części nasz szlak ot tak sobie zniknie i pojawi się dopiero w kolejnej miejscowości. Zostaliśmy zmuszeni do podjęcia własnych dezycji i kierować się na czuja. Przy rozwidleniu gdzie jakaś inna ścieżka prowadziła do góry, my postanowiliśmy kontynuować trasę po płaskim. Doszliśmy do końca lasu, kolejno wędrowaliśmy skrajem łąki aż wyszliśmy na asfaltówkę. To oznacza, że trafiliśmy do Uhrinova - kolejnej miejscowości.


Przemierzając drogę w Uhrinovie trzeba się pilnować, gdyż zaraz za zakrętem w prawo pojawi nam się wreszcie długo wyczekiwany szlak. Łatwo go przegapić, więc tutaj polecam pełne skupienie. Za ostatnimi domostwami ponownie wchodzimy do lasu, gdzie powoli zaczynamy odczuwać duchotę. Na szczęście (w porównaniu do ostatniej wycieczki na Baranią) mieliśmy w tym dniu sporo szczęścia z wiatrem. Towarzyszył, orzeźwiał, sprawiał przyjemność w chodzeniu.

Po wyjściu z lasu docieramy do drogowskazu. Na prawo odbija szlak zielony do Stredolesi, żółty do V Pekle - hajovna, a nasz niebieski trawersuje górę o nazwie Juracka (589 m n.p.m.). Trawersuje, gdyż na sam szczyt żaden szlak nie prowadzi.


Na polanie, przy ściętych drzewach, postanawiamy "założyć obóz". Trwa to jakieś piętnaście minut, po czym każdy pakuje swoje manatki na plecy i zaczynamy lekkie podejście. Po lewej stronie będziemy mijać wyciągi narciarskie należące do Juracki.

Ostatnia prosta to dojście do rozwidlenia Pod Drahotusem, gdzie natrafiamy na most w mrocznych klimatach. Idąc na prawo docieramy do ruin zamku Drahotus, do których ja osobiście nie dotarłam z racji pomylenia szlaku i praktycznie byłam już na samym dole. A patrząc na zejście (w tym wypadku kalkulując sens podejścia) nie było mi na rękę się wracać.

Na tych właśnie balach zakładaliśmy nasz "obóz"
Ale słów kilka mogę napomknąć.

Te średniowieczne ruiny położone są nad miejscowością Podhori, a raczej dzielnicą Lipnika nad Becvou. Jedyne co z zamku pozostało to kamienne mury obronne i fosa. Pełnił on funkcję mieszkalną, a po roku 1476 został opuszczony. Pierwsze wzmianki o nim szacuje się na rok 1278, ale ile źródeł tyle informacji. Co do dat byłabym sceptycznie nastawiona, pewnie jest dużo różnych wersji.

Natrafiłam również na legendę, tyle że w języku czeskim. Jeśli coś źle przetłumaczyłam, to z góry przepraszam. Nie będzie ona dokończona, a raczej jakiegokolwiek morały marnie tutaj szukać. No chyba, że jak już wcześniej wspomniałam, coś mogłam przeoczyć.

Dawno, dawno temu pewien szlachcic imieniem Divic wraz ze swoim giermkiem jechali na koniach przez wzgórza i doliny. Trafili oni wreszcie nad rzekę, Beczwę (cz. Becvou). Wtem pogoda zmieniła się diametralnie. Piękne słońce schowało się za ciemnymi chmurami zwiastującymi ogromną ulewę. Szlachcic nie bardzo wiedział co ma ze sobą począć i gdzie mógłby znaleźć schronienie na czas, aż anomalia się skończą. Wtem ich oczom ukazała się struga światła przebijająca się przez konary drzew. Postanowili sprawdzić to miejsce. Dotarli do zamku Drahotus, który wyglądał jakby nikt go nie zamieszkiwał. Z czystej ciekawości Divis postanowił zapukać do drzwi. Nic, zero odezwu. Gdy się zaczął nachylać, drzwi bez żadnego oporu otworzyły się, witając nowoprzybyłych. Zajrzeli do środka, ich oczom ukazał się stół wypełniony po brzegi gorącymi potrawami, a pod oknami dwa pościelone łóżka. Sługa długo przekonywał się do realności wydarzeń jakie właśnie się toczyły, mimo wszystko głód nie dawał za wygraną. Zaczęli wspólnie konsumować przygotowane dary. Po posiłku, gdy giermek szykował się do snu, Divis ciągle rozmyślał o tym, co go właśnie spotkało. Wtem w drzwiach ukazała się kobieta z czarnym welonem na głowie. Spokojnym krokiem podeszła do szlachcica, by opowiedzieć mu historię, dlaczego ten zamek jest zaczarowany. Po intrygującej opowieści Divis nie był w stanie powiedzieć żadnego słowa. Gdy kobieta zniknęła, w izbie pojawiło się dziesięć wściekłych psów. Szlachcic stał osłupiały przy stole, nie mogąc przy tym wykonać ani jednego ruchu. Gdy wybiła godzina dwunasta w nocy, wszystko wróciło do normy. O poranku, na dwóch strudzonych wędrowców, ponownie czekał obficie zasłany stół, a przed zamkiem nakarmione i przygotowane do drogi konie. 

Tak się skończyła legenda, chociaż co do jej treści nie mam pewności.

Wypoczynek w Podhori

Jak już wcześniej wspomniałam, zamiast trafić do ruin zamku, doszłam do Podhori czyli części miasta Lipnik nad Becvou. Pierwsze co nam się rzuca w oczy, to kościół wybudowany w stylu gotyckim. Dookoła niego mamy cmentarz, który postanowiłam zwiedzić z racji wolnego czasu. Natrafiłam tam na pięknie wykonane nagrobki, które ku zdziwieniu były w dobrym stanie.

W Lipnik nad Becvou kończy się nasz pierwszy etap wycieczki. Wsiadamy do autokaru, który zabierze nas do miejscowości Hranice, a dokładniej do Hranice ATC. W tym miejscu zaczynamy podejście ścieżką spacerową do najgłębszego wąwozu w Czechach o nazwie Hranicka Propast. Równolegle do naszego szlaku prowadzą tory kolejowe, a my wreszcie wchodzimy w teren rezerwatu czeskiego, który został oklejony informacjami o wcześniej odbywającym się maratonie.

Tablice na ścieżce dydaktycznej
Ścieżka nie jest wymagająca, co jakiś czas będzie nam towarzyszyć drewniane ogrodzenie, które jest trochę abstrakcją. Ale jak rezerwat to rezerwat. Dochodzimy do Vyhlidki u Świętego Jana, czyli dobrego punktu widokowego na miasteczko i spokojnie płynącą Beczwę. W ty miejscu trafiamy również na sporych rozmiarów kolorową figurę Jana Nepomucena.

Figurka Jana Nepomucena 
Rzeka Beczwa
Idąc dalej docieramy do rozwidlenia, które pozwala nam na odbicie lekko w prawo, by zobaczyć ruiny zamku Svrcov. Ja pominęłam ten punkt ze względu na dość ostre podejście pod górę. Bez względu na to, czy są jakieś rozwidlenia szlaków czy nie, cały czas poruszamy się czerwonym kolorem, aż do Hranickiej Propast. Kiedy tak przemierzałam trasę, miałam poczucie jakbym znowu odwiedziła Pieniny. Zwłaszcza moment przy Vyhlidce.

HRANICKA PROPAST

Całość otoczona jest barierkami z racji, iż jeśli podeszlibyśmy do krawędzi, moglibyśmy swobodnie lecieć jakieś 373 metry w dół. Na dnie ogromnej szczeliny znajduje się jeziorko z mętną wodą. Aby wyjść na taras widokowy, z którego jest miażdżąca perspektywa, należy podążać wzdłuż barierek, robiąc przy tym pętelkę. Robienie zdjęć z góry czy z punktu widokowego nie oddaje tego klimatu, tej potęgi natury. Dlatego polecam pojechać każdemu, by zobaczyć na własne oczy i poczuć się jak malutka mrówka w wielkim świecie.

Kolejno kierujemy się zaraz za drogowskazem na szlak czerwony, którym dochodzimy do Hurki, skąd już tylko ostatnia prosta z rezerwatu. Docieramy do torów kolejowych, które trzeba pokonać niestety w sposób nielegalny. Chociaż ja do końca nie jestem przekonana czy nielegalny, skoro tamtędy szlak prowadzi. Po ich przekroczeniu trafiamy na dróżkę, która wyprowadza nas na właściwe drogi Teplic nad Becvou.

Widok z Hranickiej Propast na łąki
Została nam jeszcze ostatnia atrakcja do zobaczenia czyli szukamy jaskini aragonitowej Zbrasovske. Żeby do niej dotrzeć, trzeba kierować się najpierw w stronę mostu, a później za strzałkami, które zaprowadzą nas do celu.

Bilet wstępu to jakieś sto koron czeskich dla osoby dorosłej i 60 koron czeskich dla młodzieży szkolnej i studentów uczących się za okazaniem legitymacji. Dodatkowo można jeszcze opłacić sobie funkcję fotografowania bądź nagrywania podczas zwiedzania. Ja tego nie zrobiłam i nie żałuję. Zdjęcia nie potrafią oddać tego, co widzi ludzkie oko. To kolejny pretekst, by zaprosić Was w te strony.

Zwiedzanie trwa około godziny, nawet mniej. Oprowadza nas po podziemnej trasie wyspecjalizowany przewodnik. Nie ma się co martwić, że nie zrozumiemy nic i pieniądze pójdą w błoto, gdyż na wstępie podczas zakupu biletów można dostać od pracowników kartkę z opisem całej trasy po polsku.

Na co warto zwrócić uwagę podczas jaskiniowego spaceru? Na przepiękne nacieki, stalagmity w kształcie gejzerów, na salę gdzie ściana przypomina pączki. A na samym końcu jest możliwość podziwiania rękodzieł tematycznych.

Jeśli chodzi o warunki panujące w jaskini, to radziłabym zabrać ze sobą buty, w których czujemy się stabilnie i będzie nam w nich komfortowo, bo mimo iż zbudowane tam są chodniki, to jednak miejscami jest nieco ślisko. Chociaż widziałam turystę w klapkach i dawał radę. Co do temperatury to nie jest tam wcale chłodno. Według informacji zawartych w przewodnikach jest tam około piętnastu stopni. Nie ma co się martwić o czołówkę, gdyż trasa oświetlana jest automatycznie, a gdzieniegdzie przewodnik sam oświeci. Podczas zwiedzania można natrafić również na tabliczki z informacją, że poniżej znajduje się duże stężenie dwutlenku węgla.

To tyle z odkrywania czeskich tajemnic. Na koniec dodam ciekawostkę, że w Hranickiej Propast nie odkryto jeszcze dna, więc z dnia na dzień głębokość może stawać się większa. To chyba kolejny plusik, by tam pojechać! :)

6 komentarzy:

  1. Wycieczka jak najbardziej udana, choć brakowało mi "w nogach" tych przebytych, górskich kilometrów. Za to atrakcje tego dnia rekompensowały ich brak. Kolejne wycieczki z PTTK dopiero we wrześniu, co nie znaczy, że wcześniej nie zdobędziemy następne górskie szczyty. Agata

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że na dobre rozkochałaś się w czeskich zakątkach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wreszcie mam możliwość zwiedzania kraju, który mi się podoba :)

      Usuń
  3. Czechy jak do tej pory udało mi się tylko liznąć. Ale wiem, że mają dużo więcej do zaoferowania. No i nie są tak daleko. Muszę tylko przejechać przez całą Polskę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku mojej podróży w Czechy czułam się kompletnie wyobcowana w tym kraju. A tu po paru wycieczkach i człowiek czuje się jak u siebie. Zatem warto wybrać się do naszych południowych sąsiadów :)

      Usuń