Masyw Babiogórski: Babia Góra

Do Diablaka mam dwa różne podejścia. Letnie i zimowe. Można by od razu założyć, że to lepsze związane jest z mijającą właśnie porą roku. Możliwe, że kogoś zaskoczę moją decyzją, ale bardziej bezpieczniej czułam się wchodząc na Babią w styczniu, niż gdy to robiłam w niedalekiej przeszłości. Zapraszam na relację z dwóch dni, wędrując w Masywie Babiogórskim.

Nie wiem czy tylko ja mam takie skojarzenia, ale te skały przypominają mi drożdże przygotowane do wyrośnięcia
Wyjście na szlak rozpoczynamy zdecydowanie za późno, gdyż dwunasta godzina jest bardziej porą powrotną. Z Opola do Zawoi też trzeba trochę poświęcić czasu na przejazd, więc tak jakoś wyszło. W pełnym słońcu rozpoczynamy nasze wyjście od zakupu biletu do Babiogórskiego PN. Na szczęście łapię się jeszcze na ulgę w opłacie, choć to zmierza ku końcowi.

Do dyspozycji od Świstaka mieliśmy trzy możliwości trasy. Pierwsza opcja kierowała tylko do schroniska na Markowych Szczawinach. Druga, bardziej wymagająca, na Babią Górę, Przełęcz Brona i dopiero do schroniska. Trzecia, najbardziej wymagająca, na Babią Górę, Przełęcz Brona, Małą Babią i do schroniska.

Góry już nabierają tych najpiękniejszych barw
Na Przełęczy Krowiarki, która wznosi się na 1012 m n.p.m. uświadamiamy sobie, jak wielki będzie tłok na najwyższym szczycie Beskidu Żywieckiego. Sznur samochodów, który okalał miejsce oddzielające Babią od Policy, był nie do zliczenia. Chociaż, ku zaskoczeniu, nie odczuwało się tego tak bardzo na trasie.

Podczas podejścia czekało nas 700 metrów przewyższenia. Po szybkim czasie osiągamy wysokość Sokolicy czyli 1367 m n.p.m. Tak sobie przypominam, że właśnie w tym miejscu podczas styczniowego wejścia, stawałam się powoli jednym wielkim soplem lodu.


Ostatnim punktem takim typowo-widokowo-odpoczynkowym, przed szczytem, była Kępa (1521 m n.p.m.) na której również ciężko było odsapnąć. Zostawiamy tłum za sobą i idziemy w ten największy, ten szczytowy. Po drodze natrafiamy na tabliczkę informującą o (najpiękniejszej nazwie w Masywie Babiogórskim) Gówniaku 1617 m n.p.m.

Docieramy wreszcie na szczyt. Pierwszy raz od tej strony pokonywałam podejście. Z początku wchodziłam przez Perć Akademików, a drugie wejście kończyło się na etapie Kępy (to zimowe). Dlatego czułam się jak w nowym miejscu. Zauważyłam również, że od jakiegoś czasu mam lęk w eksponowanym terenie, a sam szczyt jest takim miejscem. Dlatego chciałam czym prędzej przebrnąć na drugą stronę Babiej i nie męczyć się zarówno w tym tłumie jak i w moim samopoczuciu.

OSIĄGNĘŁAM NAJWYŻSZY SZCZYT BESKIDU ŻYWIECKIEGO - BABIĄ GÓRĘ (1725 m n.p.m.)

Druga strona Babiej też nie należała do najłatwiejszych. Zejście, które uwiecznione jest w nagłówku wpisu, sprawiło mi nie lada psychiczną trudność. Powolnym krokiem i w wielkim skupieniu stawiałam bezpieczne kroki. Zrezygnowałam również ze zdjęć na skałach, bo nie czułam się na siłach, by stanąć i pozować przed obiektywem, mając za sobą strome zbocza. Późniejszy etap (co przedstawia poniższe zdjęcie) wreszcie mnie odblokował i śmigałam na kolejne wzniesienia.


Z takich ciekawostek dotyczących szczytów można uznać to, że przez bardzo zmienną pogodę Babia była nazywana Matką Niepogód tudzież Kapryśnicą. A przez jej grań przebiega Wielki Europejski Dział Wodny. Kolejnym ciekawym aspektem jest fakt, że jej północne, skaliste stoki mają spore nachylenie, bo aż 70 stopni. Co chyba odczuwa się, patrząc ze szczytu w dół.

Z Babiej przechodzimy uciążliwym dla kolan szlakiem czerwono-niebiesko-zielonym i tym sposobem osiągamy Przełęcz Brona (1408 m n.p.m.), na której kończy się druga opcja wycieczki. My kontynuujemy naszą wędrówkę na dalsze wzniesienie - Małą Babią Górę. Czas podejścia to jakieś pół godzinki, ale przyznam, że wcale się tego nie odczuwa, ba idzie się nawet szybciej.

Przełęcz Brona (1408 m n.p.m)
Widok na piękną Babią z podejścia na Małą Babią


Z Małej Babiej, na której zrobiliśmy sobie widokowy postój, udajemy się spokojnym szlakiem niebiesko-zielonym do Żywieckiego Rozstaju (1099 m n.p.m.). Żeby nie robić ogromnej pętli, bo i tak brakowało nam czasu, skracamy sobie drogę wchodząc na szlak czerwony i podążając nim do samego schroniska.

Po dotarciu na Markowe Szczawiny, moje nogi wołają o pomstę do nieba. Na myśl, że czeka mnie jeszcze droga w dół, powoli traciłam chęci. Przed schroniskiem gwar, pełno turystów okupujących wszystkie stoliki. My odnajdujemy okrągły stół, przy którym trwają obrady. A raczej śmiech i wesoła atmosfera. Mniej wesoła informacja była taka, że nad naszymi głowami śmignął helikopter GOPRU, jak się później okazało (na szczęście) był to tylko uraz kończyny dolnej. Chociaż czytając kroniki GOPRU, dowiedziałam się, że dzień wcześniej na szlaku na Małą Babią zmarł turysta. Nieswojo mi się wtedy zrobiło, wiedząc, że byłam tam kilkanaście godzin po tym wypadku.

Szlak zielono-niebieski, mało uczęszczany, przez to cichy i przyjemny

Markowe Szczawiny, ładnie odrestaurowane schronisko
Szlakiem zielonym kończymy naszą górską przygodę w Zawoi, Markowa, skąd autokarem przejeżdżamy do miejsca zakwaterowania - "Jędrusia". Tam czeka nas pyszna i długo wyczekiwana (ciągle o niej myślałam na trasie) obiadokolacja. Swojski żurek i kotlet de volaille. Po takiej trasie to było coś, czego długo nie zapomnę. Później szybki prysznic i impreza w gronie Świstaków.

Tak zakończył się pierwszy dzień rajdu. Stwierdziłam, że podzielę ten wyjazd na dwa wpisy. Dzisiaj mieliście okazję przeczytać jego pierwszą część, a ja właśnie pracuję nad kolejną. Mam nadzieję, że nie zanudziłam. :) I tak na koniec chciałabym podziękować za wszystkie miłe słowa jakie od Was dostaję czy to w wiadomości prywatnej czy podczas wycieczki. To mnie tak motywuje do dalszego pisania, że nie wiem jak za to dziękować. :)

2 komentarze:

  1. Bardzo fajna wycieczka za Tobą :) Szkoda trochę tego tłoku, ale myślę że będzie to motywacja, żeby kiedyś na Diablak wrócić. Ja miałem to szczęście zdobywać Babią w poniedziałkowy poranek i na szczyt dotarliśmy z żoną o dziewiątej rano, przy pięknej słonecznej pogodzie. Zostaliśmy tam na pół godziny i w tym czasie nie pojawił się na górze nikt inny - to było naprawdę coś cudownego :) Dalej szliśmy podobnie jak Ty, ale z Małej Babiej wróciliśmy na przełęcz Brona i stamtąd przez Markowe Szczawiny wróciliśmy niebieskim szlakiem na Przełęcz Krowiarki (Lipnicką). Zazdroszczę drugiego dnia w Beskidzie Żywieckim, my niestety musieliśmy już po pierwszym uciekać do domu :( De volaille był chociaż jakąś namiastką schaboszczaka? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem pewna, czy kiedyś wrócę na Babią, coś się we mnie zmieniło w stosunku do gór, czuję lekki paraliż w miejscach eksponowanych, a nie ukrywajmy szczyt Babiej jest takim miejscem. Co do obiadu to zdecydowanie był on namiastką schaboszczaka :)

      Usuń