PTTKowski rok

Długo zastanawiałam się, czy nie zrobić jakiegoś tekstu płynącego z serca i takiego stricte ode mnie. Często przez głowę przechodził mi pomysł, aby podsumować roczną (już!) aktywność w PTTK. Wstąpienie w szeregi tak niesamowitej organizacji było moim ogromnym, podróżniczym marzeniem. A marzenia przecież się spełniają. Jeśli ktoś chętny posłuchać o czym mam do powiedzenia, to zapraszam!

Zdjęcie z przywitania wiosny ~Chełmiec

Zacznijmy od początku. W tym czasie gdy ja odbywałam swoją miesięczną praktykę za granicą, moja mama przeglądała internet w poszukiwaniu pomysłów tudzież gotowców na wycieczki. Napisała do mnie z zapytaniem czy chciałabym się zapisać do PTTK, odpowiedziałam a raczej wyśmiałam ją stwierdzeniem "głupio pytasz, jasne że tak".

Do "bram" PTTKu pukałam wiele razy i niestety były one ciągle dla mnie zamknięte. O tej historii nie za bardzo chcę się rozpisywać, ponieważ turystyka powinna łączyć ludzi a nie dzielić. Także przejdźmy już do tych milszych tematów.

Gdy udało nam się odnaleźć odpowiedni zarząd, zaklepałyśmy sobie miejsca na pierwszą naszą wycieczkę. Były to bodajże Góry Ołowiane, których relację możecie oczywiście przeczytać na blogu. Co czułam przed wycieczką? Stres, ogromny stres. Nie wiedziałam z czym to się je, jak powinno się przygotować, jak w ogóle funkcjonuje się na tych wycieczkach.

Okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. To jaką życzliwością zostałam potraktowana zaraz po przekroczeniu progu autokaru jest niezapomnianym przeżyciem. To jak obcy ludzie stają się dla Ciebie dobrymi partnerami do rozmów i wiernymi słuchaczami. To jak turystyka łączy pokolenia. Mogłabym podawać tutaj same superlatywy, ale pewnie bym zamęczyła długością wpisu (choć powoli i tak robi się z tego niezły tasiemiec)

Już na trasie zaczęłyśmy z mamą poznawać współtowarzyszy i te relacje pozostają po dziś dzień i mam nadzieję, że trwać będą jeszcze długo. Kolejnym punktem (trochę stresującym dla mnie) ale przyjemnym w odczuciu było oficjalne wręczenie legitymacji członkowskich na szczycie góry.

Członkini Karolina przyjrzmuje legitymację do rąk własnych
Zostawiam już pierwszą wycieczkę za sobą, lecę z historią dalej. Późniejsze wycieczki odbywały się tydzień po tygodniu, zawsze były (i nadal są) w weekendy i przeważnie brałam udział w jednodniówkach. Mój organizm pracował wtedy na pełnych obrotach, w sobotę wyjeżdżałam, w niedzielę wszystko odsypiałam. (zostało mi tak do dzisiaj)

PTTK dał mi jedną ważną rzecz - a raczej ludzi. Ja wiem, że może brzmi to patetycznie i wyniośle ale jestem wdzięczna za to, że wkroczyłam do środowiska, w którym nie wywiera się na człowieku presji, nie patrzy się spod byka na innych i podchodzi się do innych bez uprzedzeń. Na wycieczkach natrafiłam wreszcie na ludzi, z którymi zawsze chciałam mieć styczność.

Jeśli chodzi o kolejne plusy to niepodważalnym pozytywem jest fakt, że autokar zawozi nas w jedno miejsce, przechodzimy plus-minus szesnaście kilometrów i autokar odbiera nas z innego punktu. Jest o tyle wygodnie, że nie musimy wracać tam skad przyszliśmy, mamy większe pole do popisu jeśli chodzi o trasy.

O przywilejach i korzyściach z posiadania legitymacji członkowskiej chyba nie muszę wspominać ale tak po krótce, podając przykład, trafiłam na zniżkę o 9 zł taniej za nocleg w schronisku. Można? Można.

Cały czas jak myślę nad kolejnymi plusami, to ciągle do głowy przychodzą mi tylko wspomnienia związane z uczestnikami i zarządem wycieczek. Jak bardzo chciałabym powiedzieć co czuję, ale jak zwykle brakuje mi słów. Coś ubogi mam zasób słownictwa, a matura się zbliża.

Coś co u mnie zauważyłam to zwiększona aktywność w turystyce. Oj zdecydowanie. Kiedyś moje wyjazdy odbywały się raz na miesiąc/dwa miesiące/a nawet i trzy. Było ciężko prowadzić w tym czasie bloga podróżniczego, kiedy moje życie opierało się na pięciu wycieczkach w roku. Od wstąpienia do PTTK zmieniło się to diametralnie. Teraz moje weekendy nabierają lepszych barw a blog wreszcie funkcjonuje jak trzeba. No prawie, ale to zasługa mojego lenistwa.

Hipsterskie zdjęcie w Górach Kocich
Zmierzając ku końcowi (ktoś może rzec: wreszcie!) ogromnym plusem jest nabieranie doświadczenia. Może część z Was wie, że uczę się na profilu Technika Obsługi Turystycznej i dzięki tym wycieczkom mam możliwość podejrzenia pracy pilota, jak należy zorganizować wycieczkę, jak wychodzi to wszystko w praktyce. Jest to bardzo ciężka praca i ja podziwiam cały zarząd ŚWISTAKA i TRAMPA oraz wspaniały KLUB PRZYRODNIKÓW BOLKO, za chęci robienia dla nas niezapomnianych wycieczek.

Podsumowując! Dzięki PTTKowi zaczynam się otwierać bardziej na ludzi, potrafię ujrzeć piękno tam gdzie przeciętny człowiek tego nie widzi. Wyjeżdżam w nieznane miejsca, które później tworzą ogromny obraz w mojej pamięci. Poznaję ludzi, którzy dają mi pozytywną energię. I na koniec! SPEŁNIAM MARZENIA. Chociaż to ponownie patetycznie może zabrzmieć, cieszę się że takie wyjazdy zbliżają mnie i moją mamę i pozwalają nam wspólnie kroczyć przez turystyczną ścieżkę. Mamie należą się również podziękowania, bo choć mało widoczna jest we wpisach ja jestem jej wdzięczna za wszystko!

Przepraszam jeśli ten wpis nie był spełnieniem i oczekiwaniem Waszym, ale siedziało to we mnie od jakiegoś czasu i wreszcie dałam upust emocjom. Mam nadzieję, że chociaż zrozumiale się to czytało. A na koniec sztampowe "Do zobaczenia na szlaku"! :)

*Tak sobie czytam na spokojnie ten wpis i wychodzi na to, że używałam takich słów, jakbym się chciała innym podlizać. Nie taki był mój zamiar! Z góry uprzedzam.

4 komentarze:

  1. Bardzo fajna zachęta, która pewnie będzie też jakąś cegiełką przy podjęciu naszej (tzn. mojej i żony) decyzji w tym zakresie. Nam wstąpienie do PTTK od dłuższego czasu chodzi po głowie, bo i ze schronisk korzystamy, i odznaki zdobywamy, i na wycieczkę jakąś się załapiemy chętnie, a i składki nam niestraszne ;) Ale zawsze się to jakoś rozbija o pytanie, na ile tą przynależność wykorzystamy. Na szlak wyruszamy w 90% przypadków we dwoje, co daje niesłychaną wolność i tą wolność sobie cenimy bardzo. A to szaleńczo ruszymy na szlak przed wschodem słońca, a to sobie dokładnie tutaj a nie gdzie indziej na śniadanko przycupniemy, a to nam się inny wariant szlaku wyda ładniejszy niż na mapie i z niego mamy kaprys skorzystać. Gdzieś tam taka swoboda zawsze jest wielką częścią radochy zawsze kiedy się w górki wybieramy. No więc kiedy myślimy, czy w szeregi PTTK wstąpić i się z najbliższym oddziałem wycieczkować, takie wątpliwości nam po głowach grasują. Znając nas - prędzej czy później się przełamiemy i sprawdzimy czy słusznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszne stwierdzenie. Powiem ze swojego punktu widzenia. Bardzo korzystam z wycieczek, które organizuje PTTK, bo w przypadku oddziału w Opolu, jest o tyle fajnie, że nie robią takich sztampowych. Dzięki nim odkrywam miejsca, które pewnie przegapiłabym na mapie planując wycieczkę. Przy wyjazdach kilkudniowych są różne warianty i każdy indywidualnie wybiera sobie jeden z nich. Przeważnie trasy są dobierane pod turystów a nie "widzimisię" organizatorów. :)

      Usuń
  2. Też swoje pierwsze górskie kroki stawiałam razem z PTTK. Zbieranie odznak, co weekendowe wycieczki. To było wszystko bardzo motywujące i przynoszące satysfakcję. Niestety mój oddział, nie był i chyba wciąż nie jest otwarty zbytnio na nowości. Gotuje się wciąż we własnym sosie, z tymi samymi propozycjami wycieczek rok w rok. Dlatego w pewnym momencie opuściłam szeregi PTTK i zaczęłam działać na własną rękę. Post, który napisałaś rozumiem w pełni. I jak widać po doświadczeniach odpowiedni ludzie w zarządzie to podstawa. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń