Podsumowanie 2016 roku

Grudzień dobiega końca, a na horyzoncie wyłania nam się nowiuteńki, pachnący świeżością rok 2017. Jaki on będzie niech nadal pozostanie tajemnicą. Teraz chciałabym się skupić na tym co było, co się wydarzyło i co sprawiło uśmiech na mojej twarzy. Podsumujmy podróżniczy rok 2016. Do dzieła! :)


Zacznijmy od początku. Jest styczeń, mroźny miesiąc w teorii, bo w praktyce śniegu jak na lekarstwo. Wypadałoby jakoś rozpocząć sezon górski. Po szybkim rozeznaniu w terenie i napiętym grafiku obieramy najbliższe wzniesienie jakim jest Kopa Biskupia. Wtedy również bardzo miło się zaskoczyłam, gdy ujrzałam szlaki pokryte masową ilością śniegu. Witaj Nowy Roku!

Styczeń również jest miesiącem, w którym przyszłam na świat. A, że zbliżał się dzień moich ostatnich nastoletnich urodzin, trzeba było go jakoś zaplanować. Z pomocą przyszła oferta wędrówki od Klubu Górskiego Świstak, z którym jeżdżę po dziś dzień. Byłam przeogromnie uradowana, gdy ujrzałam, że kierunkiem jaki obierają są Czechy. Ledwo rok się zaczął, a ja już z grubej rury marzenia spełniam! :) Tak trafiłam w rejon Hrubego Jesenika, o czym możecie poczytać TUTAJ!

Kopa Biskupia
Wystarczyło raz wybrać się do południowych sąsiadów i Karolcia nagle ma zapełniony grafik kolejnymi wędrówkami. Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć po pierwszej wycieczce, a już siedziałam w autokarze i przebierałam nogami z pełnym bananem na twarzy. Co prawda nie są to jakieś popularne góry, a ja nawet o tych miejscach nie słyszałam. Ale wtedy zdałam sobie sprawę, że przecież takie miejsca są najpiękniejsze, gdzie nie ma obleganego ruchu turystycznego, gdzie możesz być pierwsza przed wszystkimi. Przed Wami Hranicna Cesta!

Aby umiarkować wyjazdy z ekipą, postanowiliśmy zapuścić się gdzieś sami. Tę wycieczkę zapamiętam na długo, moje łydki również. Pełna zima, mnóstwo śniegu i Bielice, miejscowość, do której będzie mnie ciągnęło długi czas. Zostawiamy samochód i suniemy na Kowadło, które nijak zaspokaja nasz górski głód. Zatem suniemy granicą, granicą, granicą aż do Rudawca. Wymordowani, ale szczęśliwi. Relacja tutaj!

Kowadło
Tak się jakoś ułożyło, że wycieczki się tasowały. Raz jedna po Polsce, następne dwie w Czechach. I na zmianę. Zatem wypada teraz wspomnieć coś o Rychlebskich ścieżkach. Pamiętam, że stan mojego kolana nie należał wtedy do najlepszych i w sumie nadal nie należy, ale trzeba dać mu trochę czasu odpoczynku, chociaż w tych warunkach górskich jest to ciężkie. :) Wszędzie mnie ciągnie! Co do wycieczki to tyle się tam nachodziłam, że aż przyjemnie było na drugi dzień sobie posiedzieć w domu! :) Bozi Hora i relacja tutaj!

Następnie docieramy w miejsce, które również miło wspominam. Chyba ze względu na wyśmienitą pogodę. Co prawda w ostatniej fazie podejścia na Anensky vrch pizgało wiatrem niemiłosiernie, to przynajmniej przewiało wszelkie wątpliwości i złe emocje z głów. Wtedy też podczas wędrówki mogliśmy sobie podpatrzeć Pradziada, który w późniejszych miesiącach stał się naszym celem. Odkryłam kolejne ulubione miejsce w Czechach - Vrbno pod Pradedem

Długa droga w śniegu
Teraz przyszedł czas na rozpoczęcie sezonu z Kołem Terenowym Nr 88 TRAMP, z którym to wspólnie przywitaliśmy wiosnę. Odbywało się to na szczycie Chełmca. Nie zapomnę momentu, w którym mieliśmy problem z podpaleniem marzanny, gdyż nikt z uczestników nie posiadał ognia. Na szczęście na górze natrafiliśmy na dwóch turystów, którzy akurat rozpalali ognisko. Następnie impreza przeniosła się do Starej Kopalni w Wałbrzychu, którą bardzo gorąco polecam! Relacja tutaj!

Ponownie udaliśmy się do południowych sąsiadów w celu poszukiwania resztek zimy. Jak się okazało, nie trzeba było szukać a i resztkami tego nazwać nie można. Kolejna wycieczka, którą będę miło wspominać, zwłaszcza ze względu na warunki pogodowe, które nieźle nas przemaglowały. A Czeskie Rusztowanie trzeba będzie znowu powtórzyć! Relacja tutaj!

Czeska strona Masywu Śnieżnika
W 2016 roku odbyła się również moja pierwsza wycieczka ze wspaniałą rówieśniczką i jej przemiłą mamą. Zaproponowały mi wspólny wyjazd na Czernicę, co oczywiście brałam w ciemno. Wystarczyło rzucić hasło Bielice i w pięć minut mój plecak został spakowany. Relację znajdziecie tutaj!

Po Czernicy przyszedł czas na klasowy wyjazd do Warszawy, miasta, które ani trochę mnie nie pociąga jeśli chodzi o nowoczesność. Ale gdy mówimy tu o historycznym aspekcie, jestem skłonna na wielogodzinny spacer po tym rejonie. Na zakończenie, jak mawiał klasyk, Ostatni raz z moją klasą. Relacja tutaj!


Po trzech intensywnych dniach w wielkim mieście czas udać się trochę do natury. Miejsce, o którym nie słyszałam, a to dziwne, gdyż zahacza ono o województwo, w którym aktualnie mieszkam. Załęczański Park Krajobrazowy i wycieczka z TRAMPem. Pamiętam ten upał, który strasznie utrudniał poruszanie się, ale przy tym nie przyćmił pięknego krajobrazu. No i oczywiście na tej wycieczce na spokojnie zgubiliśmy szlak. Ale to tylko z winy naszego gadulstwa. Relacja tutaj!

Na majówkę udaliśmy się w Beskidy. Pamiętam jak byłam bardzo zła na technologię, gdyż w tym dniu popsuła mi się jedna aplikacja i miałam problemy z relacjonowaniem wycieczki. Najważniejsze, że jednak oczy i głowa pamiętają. Pogranicze Beskidzkie, trójstyk czy jak komu pasuje został przez nas zaliczony. I ten moment, gdy patrzysz do góry, a nad Tobą sporych rozmiarów most jest w trakcie budowy. Czujesz się wtedy jak niewinna, mała mróweczka.

Ekipa Grzmiącego Kubka
Kolejno udaliśmy się na moją znienawidzoną górę, którą polubiłam na nowo. Ślęża, województwo dolnośląskie, na bank wszyscy znacie. :) Musiałyśmy sobie porozmawiać, by nasze drogi na nowo się zeszły. Po Ślęży przyszedł czas na dalszą i dłuższą wędrówkę w Górach Bystrzyckich. To ile kilometrów zrobiliśmy świadczyło ile jedzenia zamówiliśmy na koniec dnia. A było tego sporo. Pełen obiad czyli pomidorówka i pierogi ruskie. Mniam. A wycieczkę zorganizowało Koło Terenowe nr 88 TRAMP

Następnie wycieczka, którą można scharakteryzować dwoma słowami. Urodziny i jelitówka. Mimo tego ostatniego wyrazu, całość była wspaniała. Wraz z Pańcią (opisaną w wycieczce na Czernicę) i jej rodziną udaliśmy się na górę gór - Pradziada. A nie mówiłam, że będzie on naszym celem! :) Relacja tutaj!

Pradziad
O tak, pamiętam tą turystyczną patelnię. Gdzie moje pragnienie sięgało najwyższego pułapu. A do tego w końcowej fazie trzeba było włączyć motorek by zdążyć na mecz, którego praktycznie nie mogliśmy obejrzeć. Radość i zawód w jednym, ale o tym możecie poczytać w relacji! Po Baraniej przyszedł czas na kolejną ciekawą wycieczkę u naszych południowych sąsiadów, a łączyła się ona ze zwiedzaniem jaskini oraz widokiem na Hranicką Propast. Relacja tutaj!

Następnie udałam się w rejon, który wiecznie podziwiałam zza internetowej szyby. Ciągle przewijał się w zadaniach egzaminacyjnych na moich lekcjach, aż w końcu musiałam nieco spróbować tego terenu. Co prawda do samego Adrszpachu nie weszliśmy, ale mimo wszystko podobał mi się ten zbieg okoliczności. Relacja tutaj!

W tle słynny Adrszpach
Pod koniec czerwca udałam się z poznanym przez internet Dawidem z kanału Powrót do Natury (do którego również odsyłam po świetne filmiki z podróży jak i poradniki TUTAJ) oraz Pańcią (która była wspominana w dwóch relacjach) na Kopę Biskupią w celu zasmakowania schroniskowej nocy i pięknego wschodu słońca. Taki widok polecam zobaczyć wszystkim!

Następnie oficjalnie rozpoczęłam prywatny wakacyjny wyjazd, który oscylował w okolicach Górnego Śląska. Jeździliśmy sobie na jednodniówki poznając uroki miast i zakątki Beskidów. I tak w jeden dzień wybraliśmy się na Pilsko, którego jakoś nie polubiłam, ale może to się zmieni jak w przypadku Ślęży. :)

Jeśli chodzi o nizinną wersję podróży to obraliśmy za cel Gliwice ze słynną radiostacją oraz przejazd wąskotorówką w Rudach. Ostatnim wyjazdem z ekipą Grzmiącego Kubka było najwyższe wzniesienie Beskidu Małego jakim jest Czupel.


Kolejna wycieczka odbyła się z TRAMPem w okolicach Pradziada. W tym miejscu moje oczy miały istną ucztę, siąknęły ten krajobraz niczym gąbka wodę. Coś czuję, że w przyszłości wybiorę się ponownie w te rejony, by móc napawać się naturą! W pierwszych weekendach września wybraliśmy się ze Świstakiem na dwa dni w rejon Babiej Góry. Trafiliśmy wtedy na wyśmienitą pogodę, co niestety wiązało się z ogromnym ruchem turystycznym. Taki plan był w pierwszy dzień, natomiast drugi jakby był odwrotnością Babiej. Polica totalnie wymazana z żywej duszy. Taki spokój i błogość po oblężeniu Diablaka był bardzo przydatny. Relacja TU i TU.

Zbliżamy się ku końcowi sezonu letniego i zaczynamy sezon jesienny. Na początek z TRAMPem przemierzaliśmy szlak fortyfikacji czeskich z Twrz Bouda na czele. Uwielbiam tak tematyczne trasy! Następnie znaleźliśmy wolny weekend z ekipą Grzmiącego Kubka i udaliśmy się na górę, która ciągle przewijała się w wielu opowieściach, a która niestety nie sprostała moim oczekiwaniom. Wejście na Jagodną i przejście Torfowisk pod Zieleńcem.


W międzyczasie udało nam się zaliczyć maraton V Opolskiego Festiwalu Gór, z którego również naskrobałam krótką relację. Iiiii ponownie w teren, tym razem wycieczka, według mnie, najśmieszniejsza ze wszystkich. Te sceny dezorientacji i strachu przerodziły się w śmiech na lata. Tak to ja jeszcze nigdy szlaku nie zgubiłam! Ach te Piekło! I ostatnia (opisana) wycieczka na blogu to również z żartobliwą nazwą, a mianowicie wędrówka na HAJu. W osobnym folderze mam jeszcze zdjęcia do zrobienia wpisu o Velkym Roudnym, ale nie wiem czy moje lenistwo nie jest zbyt duże, by się za to zabrać.

Kończąc, chciałabym podsumować wszystko umieszczone powyżej. Oczywiście te smutne, złe rzeczy znikają w niepamięć i pozostają tylko te, do których mogę powrócić i te, które wywołują miłe wspomnienia. Rok 2016 był o wiele lepszym od poprzedniego i mam nadzieję, że tak będzie co roku. Będzie progres, będzie więcej doświadczenia, będzie więcej wędrówek. Tego życzę sobie i WAM. Szczęśliwego Nowego Roku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz