Opolskie Świstaki i dwie wieże

Rok podróżniczy należało rozpocząć w godny sposób. Myślę, że mogę podzielić się z Wami przepisem na zimową wyprawę w góry. Zacznijmy od dodania masowej ilości śniegu, następnie w góry wpuszczamy zamaskowane Świstaki, dużą szczyptę uśmiechu na twarzy i na koniec zdobywamy nie jedną, a dwie wieże widokowe. Co z tego wyszło? Wpis, który możecie przeczytać! Zapraszam!

fot. Andrzej Gmiterek "Struś"

Zimową wędrówkę rozpoczynamy przejazdem do czeskiej miejscowości zwanej Cervena Voda, gdzie w oddali wyłania nam się pierwszy cel. Z początku i w sumie do samego końca wycieczki śnieg utrudniał nam nieco chodzenie. Czasem natrafialiśmy na śnieg po kolana (bądź po pas, jak to moja mama stwierdziła, w tym celu bardzo korzystnie jest być wysokim ;)), a czasem musieliśmy błąkać się przy ścieżce, gdyż całość była przygotowana pod narciarzy.

popularna aktywność górska u Czechów - narty biegowe.
Pierwszy cel: wieża widokowa na Krzyżowej Górze (735m n.p.m.)
Ostatnie spojrzenie na Cervena Voda
Meandrujemy stokiem Krzyżowej Góry w celu znalezienia odpowiedniej nawierzchni. Choć i to przychodzi nam z trudnością. Teoretycznie szlak prowadzi po prostej drodze, ale z racji utrzymania w stanie nienaruszalnym zrobionej trasy dla biegaczy, postanawiamy iść wprost w granicę lasu. W tym miejscu rozdzielamy się ze ścieżką i za żółtym znakiem powoli obieramy wysokość 735 m. Tak wygląda to na mapie, bo kto nas zna ten wie, że szlaku to my się rzadko trzymamy. Po wkroczeniu do lasu już na wstępie się mylimy, co owocuje przekopywaniem się w śniegu przy niemałym nachyleniu. Ale koniec końców natrafiamy na 25 metrową wieżę widokową.

Tworzenie własnych śladów
Początkowo na szczycie znajdował się kościół pielgrzymkowy, który niestety spłonął i na jego miejscu pojawił się Kościół Przemienienia. Po pewnym czasie budowla ewoluowała i dorobiono do niej drewnianą chatkę, którą to po wojnie rozebrano. Pod koniec tysiąclecia ludzie sprawujący władzę na "nizinach" zastanawiali się co zrobić z tym miejscem i dopiero w 2007 roku na 25 metrów wzniosła się okazała budowla, którą możemy podziwiać z bliska jak i z oddali. Wstęp jest płatny, natomiast my trafiliśmy na takie warunki, które chyba odstraszyły osoby obsługujące, bo niestety wieża była zamknięta.

Musieliśmy trochę wrócić do wieży, z racji ominięcia szlaku

Jedna z wielu figur ustawionych wzdłuż szlaku

Zalążek wieży

I całość

Panorama spod wieży
Szlakiem niebieskim kontynuujemy naszą wędrówkę do miejscowości o nazwie Sanov, która należy do gminy Cervena Voda. Przy styku naszej ścieżki z drogą samochodową stoi Kaplica Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z 1794 roku oraz jak to w Czechach przystało - figurka Nepomucena, chociaż niektóre źródła podają, że na kolumnie znajduje się Święta Trójca. Sanov jest miejscowością stricte przygotowaną pod sporty i najczęściej są one gatunku zimowego.

Kaplica Wniebowzięcia NMP i figurka
Opuszczamy zapadnięty w sen zimowy Sanov i oblodzoną drogą idziemy w kierunku Horni Orlice. Po drodze mijamy pojedyncze istoty poubierane w narciarskie stroje i wkraczamy w kolejną granicę lasu. Przed nami wyłania się olbrzymia polana przykryta grubą warstwą białego puchu, którą to będziemy musieli przekopać. Niezapomnianym obrazkiem tej wycieczki będzie dla mnie widok idących Świstaków, którzy w mękach i trudach stawiają głębokie kroki w śniegu, gdy tym czasem jakiś Czech przebiega sobie obok nas na rakietach śnieżnych. :)

W oddali wyłania nam się Góra Matki Bożej (klasztor)
Po pokonaniu dwóch intensywnych podejść, dalej kierując się za znakami niebieskimi, wychodzimy już na prostą drogę, którą będziemy zmierzać aż do Horni Orlice. W tym miejscu trzeba być bardziej czujnym (chodzi mi o zimę, bo nie wiem jak jest latem) na znaki, które są mało widoczne. Można przegapić jeden skręt i znaleźć się nagle pod wielkim wyrobiskiem. Później wpadłam na pomysł, że przy zakrętach będę robiła strzałki na śniegu dla reszty grupy, mam nadzieję, że były pomocne. :)




I w tym momencie mój aparat odmówił współpracy ze mną i postanowił do końca wycieczki nie wyłaniać się poza pokrowiec. Zatem zostałam sama na lodzie, ewentualnie posiłkowałam się telefonem. A to był moment, w który jak na dłoni mieliśmy wieżę Val, do której przedzieraliśmy się przez trasy biegowe. Trafiliśmy akurat na pogodę z dobrą widocznością, także mogliśmy zajrzeć co dzieje się na Pradziadzie i z oddali podziwiać Ścieżkę w Obłokach.

Wieża Val (zdj. telefonem)
Wieża udostępniona jest dla ruchu turystycznego bez pobierania opłaty, natomiast na sam czubek wejść już nie można, gdyż jest on dostępny tylko dla osób obsługujących nadajnik czeskiej telefonii komórkowej. Z pozoru wydaje się, że jest to niewielka budowla, ale gdy stoi się na platformie widokowej, to czuje się jej wysokość. Całość sięga na 34,5 metra wysokości i usytuowana jest na 788 metrowym wzniesieniu. Z niej już tylko rzut beretem do Klasztoru i kolejno do Kralików.

Po wypstrykaniu krajobrazowych zdjęć udajemy się na Górę Matki Bożej, która wznosi się nieopodal przejścia granicznego Boboszów. Znana jest głównie ze sportów zimowych jak i turystyki pielgrzymkowej. Od połowy 2009 roku w klasztorze nie ma już zakonników, jest tylko jeden ksiądz diecezjalny. Aby dojść do Kralików udajemy się drogą krzyżową, która ciągnie się wzdłuż alei lipowej.

Do miejscowości dotarliśmy głodni jak wilki, ale niestety głód ten musieliśmy zachować aż do Polski. Jak się okazuje, restauracji z prawdziwego zdarzenia tam nie uraczymy. Jedynie knajpy i bary, w których jest więcej dymu papierosowego niż ludzi, a z racji, że my w góry chodzimy aby zaczerpnąć świeżego powietrza, to takie miejsca omijamy szerokim łukiem. Zatem ponownie (jak na jednej z wycieczek) udaliśmy się do zamku w Międzylesiu, żeby zadowolić się polskim schaboszczakiem!

To tyle ode mnie, mam nadzieję, że sezon zimowy u Was hula! Trzymajcie się ciepło i do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz