Dwie blondynki w Poznaniu!


Wycieczka z cyklu "zorganizuj sobie sam". Oprócz pałętania się po górskich szlakach, lubię czasem pozostać na nizinach i zatracić się w zgiełku miasta. Pierwszym moim prawdziwy, dorosłym wyjazdem była dwudniówka do Krakowa, którą zorganizowałam wraz z Pańcią. Ponownie postanowiłyśmy połączyć swe siły i zajechałyśmy aż na Wielkopolskę, by poznać stolicę województwa. Zapraszam!



To, że wyruszymy podbijać Polskę wiedziałyśmy od jakiegoś czasu. Ale destynacja naszej wycieczki nadal nie była znana. Gdy zasiadłyśmy i zadumałyśmy nad swoim szkolnym losem, stwierdziłyśmy, że Poznań jest wart poznania! Na miesiąc przed wyjazdem zakupiłyśmy bilety na pociąg, które nie były wcale takie drogie jak na standard podróży. Za bilet w dwie strony (ze zniżką uczniowską) zapłaciłam około 40 złotych.

Pociąg z Opola wyruszył po godzinie szóstej i w jakieś trzy i pół godziny dotarłyśmy na Wielkopolskę (podróżowałyśmy TLK). Jeśli chodzi o sam dworzec w Poznaniu, to nie zachwycił mnie. Wolę takie małe, klimatyczne jak w Opolu!

Planu na zwiedzanie nie mieliśmy, po prostu szłyśmy na żywioł. Mniej więcej wiedziałyśmy co znajduje się w tym mieście, aczkolwiek nie chciałyśmy sobie robić napinki konkretami. I tak wędrowałyśmy od pomnika do pomnika zainteresowane każdą budowlą.


Pomnik Powstańców Wielkopolskich
Gdy słońce powoli wchodziło w kulminacyjny punkt na niebie, a ludzie uwolnili się wreszcie z rąk Morfeusza, zaczęłyśmy swą wędrówkę od oddania czci pod pomnikiem Powstańców Wielkopolskich. Zbudowany z dwóch części przypomina losy, jakie odbywały się tu na przełomie 1918-1919. Po lewej stronie znajdują się oficer z szablą wraz ze strzelcem uzbrojonym w karabin. Obok na 17 metrów wznosi się kamień z szarego granitu, na którym umieszczone są płaskorzeźby przedstawiające strajk dzieci wrzesińskich, postać Marcina Kasprzaka czy śmierć pierwszego powstańca.


Intrygujący pomnik



Przed jakimkolwiek śniadaniem i poranną kawą postanowiłyśmy odwiedzić pierwsze i w sumie jedyne muzeum w tym dniu - Muzeum Powstania Poznańskiego - czerwiec 1956. Mieści się ono przy (albo w) Centrum Kultury Zamek, w bocznej sekcji. Cena wstępu na wystawę to 8 złotych za normalny bilet, 4 złote z ulgą. Warto wybrać się w to miejsce, gdyż znajdziemy tam niekonwencjonalne przedstawienie historii z pomysłowo wykorzystanymi technologiami. Jedyne co mogę zdradzić i co mnie zaintrygowało, to gdy chcemy posłuchać opowiadanych historii, wystarczy przyłożyć do ucha kostkę brukową, która zastępuje telefon. Całość tworzy niepowtarzalny klimat.




W celu odpoczynku udałyśmy się do wnętrza Zamku, gdzie mogłam swobodnie dodawać relację na snapie. To był również ten moment, w którym decydowałyśmy, w którą stronę tym razem się wybierzemy. Chciałyśmy wybrać jeden konkretny punkt docelowy, ale boczne atrakcje również zwiedzać. Ponad to trzeba było też zadbać o stronę gastronomiczną, także czym prędzej poszukiwałyśmy lokalu z jakimś dobrym jedzeniem. I tak trafiłyśmy na rynek, słynny poznański rynek.


Wnętrze Centrum Kultury Zamek


W oczekiwaniu na koziołki
Rynek poznański zdecydowanie słynie z pięknych, malowniczych kamieniczek ale i trykającym koziołkom nie można odebrać sławy. Jako, że do dwunastej miałyśmy jeszcze sporo czasu, postanowiłyśmy zagłębić się w atrakcje znajdujące się na Starym Mieście oraz zajrzeć do Informacji Turystycznej.



Powróciłyśmy przed front ratusza i wspólnie z wielkim tłumem oczekiwałyśmy dwunastu uderzeń koziołków. Był to dość kulminacyjny moment, bo w tym czasie już całe miasto tętniło życiem. Każda kawiarenka znajdująca się na rynku była przepełniona turystami. My na obiad postanowiłyśmy udać się w odludne miejsce, bo bardzo zależało nam na wycieczce z niewielkim wkładem pieniężnym. I tak trafiłyśmy do baru mlecznego, w którym na stół wjechał mój ulubiony, tradycyjny schaboszczak.


Gdy kres naszej wycieczki się zbliżał, postanowiłyśmy odejść od typowych, turystycznych schematów i pragnęłyśmy zwiedzić i odkryć miejsca, które nie cieszą się wielką popularnością, gdzie przeciętny turysta nie przyjdzie, bo za daleko. I tak błądziłyśmy wśród uliczek, parków i zabytków, napawając swe oczy pięknem historii i natury. Trafiłyśmy również pod drzwi jednej z synagog, a raczej budynku, który kiedyś był synagogą ale przez Niemców został zbezczeszczony na pływalnię.

Jako, że jestem olbrzymią fanką gór w każdej postaci, nie mogłam ominąć jednego ważnego, cennego miejsca. Odkryłam je dzięki książce ale i prelekcji pewnej kobiety na festiwalu gór w Opolu. Mowa tu o Agnieszce Korpal i hostelu, który stworzyła wraz z Tomkiem Kowalskim. Nie ukrywam, że naleciały mi łzy do kącików oczu, gdy stanęłam u bram tego miejsca.

Hostel Poco Loco
Ostatnim punktem na mapie był Stary Browar, który nieco mnie rozczarował, gdyż wynikało to z mojej niewiedzy. Byłam święcie przekonana, że to miejsce będzie stricte związane z browarem, dowiem się o historii browarnictwa czy nawet będę mogła spróbować tutejszych specjałów. Jak widać po tytule "dwie blondynki w Poznaniu" może świadczyć tylko o jednym. Nigdy wcześniej tak się nie zdenerwowałam na widok galerii handlowej jak w tym dniu. :)

I tak zakończyła się nasza przygoda na Wielkopolsce, zdecydowanie chciałabym wrócić w te rejony lub odkryć okolicę. Poznań początkowo mnie nie zachwycił, ale później część serca i duszy zatraciłam w tych urokliwych uliczkach.

4 komentarze:

  1. K. jak ja lubię słowo destynacja.Rzyg.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna fotorelacja :-) Zapraszamy do nas na Świat Gór - dziś ostatni dzień naszego urodzinowego konkursu, przygotowaliśmy kilka ciekawych nagród - http://www.swiat-gor.pl/urodziny-konkurs/
    Pozdrowienia od Trytonków :-)

    OdpowiedzUsuń