Szlakiem fortyfikacji czeskich: Góry Orlickie

Jestem miłośniczką natrafiania na historię pod wszelaką postacią podczas wędrówki górskiej. Czy to są urokliwe i ogromne zamki czy może jednak mroczne i potężne warownie zwane bunkrami. Pierwszy etap smakowania tego typu szlaku mam już za sobą, co możecie oczywiście znaleźć na blogu, dzisiaj zabieram Was w czeską część Gór Orlickich. Gotowi, to ruszamy! :)



Docieramy do czeskiej miejscowości zwanej Techonin, gdzie przy stacji kolejowej postanawiamy wyjść na niebieski szlak. Początkowo wiedzie on blisko domostw, czasami aż za blisko i wtedy zastanawiam się czy przypadkiem komuś nie wchodzę na posesję. Po minięciu mostku pod którym przepływa rzeka Ticha Orlice, wkraczamy już w teren gdzie ścieżka będzie znikać w gęstwinie leśnej, tym samym opuszczamy cywilizację i udajemy się na podbój historyczny.



Następnie po wyjściu z drogi leśnej udajemy się na asfaltówkę, którą będziemy przemierzać krótki odcinek trasy. Przy skręcie w prawo zatrzymujemy się na chwilę by zwiedzić w urokliwej wsi Studene Kościół św. Anny. Tak naprawdę jest to kaplica, która swoim wyglądem przypomina kościół. Wokół kaplicy znajduje się półkolisty cmentarz otoczony kamiennym murem. Nad drzwiami wejściowymi widnieje tablica z 1820 roku informująca o pierwotnej dacie powstania kaplicy, która dokończona była dopiero dwa lata później.





Kaplica św. Anny
Opuszczamy wieś Studene i tym samym powracamy na szlak niebieski, którym będziemy kierować się do rozwidlenia zwanego Studensky horni les, gdzie będziemy zmieniać kolor farby wyznaczającej dalszą wędrówkę. Od tego momentu poruszamy się za czerwienią, osiągając stopniowo jako pierwszą wysokość - 695 m n.p.m, by później zdobyć szczyt zwany Studeny (721 m n.p.m.). W tym miejscu można zrobić sobie postój na punkcie widokowym, z którego są prawdopodobnie piękne widoki i który czasem jest zdradliwy, o czym przekonacie się w dalszej części wpisu.







Teraz zaczyna się ta bardziej chaotyczna część opowieści. Moment, w którym po raz ostatni (do czasu przekroczenia granicy) widzę się ze swoją mamą. Schodząc ze szczytu szlakiem czerwonym trzeba bardzo się pilnować i nie popaść w rutynę oraz rozmyślania, gdyż następuje moment, w którym mało widoczna strzałka na drzewie informuje nas o skręcie w gąszcza. Nasze ciała meandrują wśród drzew, by ostatecznie wyjść na otwartą przestrzeń i zachwycać się górskim pejzażem.

Nieco inaczej miała się sytuacja w obozie mojej mamy. Rozdzieliłyśmy się przy punkcie widokowym. Ona poszła robić zdjęcia, ja powoli schodziłam na dół. Jak wiecie niekiedy widoki potrafią tak człowieka omamić, że zatraca poczucie czasu. Jako, że będąc na skałach mama miała wgląd na to co się dzieje u dołu, a w dole mignęły jej niektóre osoby z wycieczki, więc i ona postanowiła do nich dołączyć. Po co iść okrężną drogą, jak można sobie zrobić skrócik. To oczywiście okazało się zdradliwe, gdyż osoby wcześniej zauważone przez mamę (jak i sama mama) przegapiły skręt szlaku.

Tym oto sposobem zrobiła się ogromna różnica czasowa pomiędzy mną (i jeszcze trzema osobami) a nadciągającą resztą Świstaków. Postanowiłam kontynuować trasę, chociaż z lekkim zdezorientowaniem, czy abym i ja nie popełniła gdzieś błędu. Ostatecznie wszyscy trafiliśmy do tego samego punktu, ale o tym nieco później.






Po opuszczeniu gęstwiny i wyjściu na ogromne pole, udajemy się w dół do dróżki, która będzie prowadziła nas przez kolejną oznakę cywilizacji. Przekraczamy ruchliwą ulicę, mijamy domostwa i przy Kaplicy Narodzenia NMP skręcamy w prawo, docierając do drogowskazu, który jest pokazany na zdjęciu powyżej. Dalej poruszamy się czerwonym szlakiem mijając po prawej stronie Kostelni vrch (688 m n.p.m.) oraz rozpoczynając wędrówkę wśród fortyfikacji czeskich. Tak naprawdę natrafiliśmy na nie nieco później, choć patrząc na mapę było ich w tym miejscu od groma. Były to różnego rodzaju schrony z Grupy Warownej "Adam".


Początkowo wytropiliśmy dwa bunkry, z czego jeden był nieco poniżej naszego miejsca ulokowania i nie bardzo nam się chciało do niego schodzić, za to drugi K-S 37 "Na rozhledne" znajdował się na naszym szlaku. Warownia położona jest na wschodnim zboczu kompleksu (twierdzy Adam), do której należy. Z tego co się orientuję, jest możliwość zwiedzania, a sami zwiedzający informują, że wnętrze jest odnowione i warte polecenia.

Nieopodal bunkru K-S 37 znajduje się jego sąsiad K-S 38 "U Krizku". Podczas okupacji przez Niemców zdał egzamin wytrzymałościowy, mimo iż był ostrzeliwany z broni artyleryjskiej różnego kalibru. Oba te bunkry zrobiły na mnie ogromne wrażenie i wywołały we mnie lekki strach. Jeśli dobrze się przypatrzymy, to uda nam się ujrzeć długi wał pomiędzy pierwszą fortyfikacją a drugą, ale do czego konkretnie służył, nie mam pojęcia.

K-S 37

K-S 38


Wychodzimy na kolejne rozwidlenie tym razem o dziwnych oznakowaniach, co się później okazało, informowały nas o umiejscowieniu bunkrów i ich odpowiednich numerach. W tym miejscu miałam problem, gdyż nie umiałam odnaleźć szlaku czerwonego. Po kilku wskazówkach kierowałam się już dobrą ścieżką na Kasparovą Chatę, po drodze przecinając jeszcze dojazd do.. jak się później okazało, ogromnego obiektu wojskowego.

Jako, iż Kasparova Chata była bodajże w remoncie, na jedzenie nie było co liczyć. Doszłam do asfaltówki, gdzie znajdował się drogowskaz i obierałam trasę prowadzącą do ojczyzny. Czekało na mnie kilka zakrętów i tym samym znalazłam się na przejściu granicznym Mladkov/Kamieńczyk. W tym momencie postanowiłam zaczekać na resztę grupy, by wspólnie udać się do Międzylesia na posiłek.






Gdy już oficjalnie staniemy stopą w Polsce, kierujemy się asfaltem (żółtym szlakiem) w dół Kamieńczyka. Natrafiamy na tablicę informacyjną o atrakcji znajdującej się powyżej, do której postanawiamy się udać. A mowa tu o Kościele filialnym pw. Świętego Michała Archanioła. We wsi Kamieńczyk wydobywane były rudy metali od razu przetapiane w miejscowej Hucie i właśnie tym wszystkim górnikom i hutnikom został poświęcony obiekt sakralny, który jest ewenementem w naszym kraju za sprawą tego, że jest on jednym z czterech drewnianych kościółków, które zachowały się na Ziemi Kłodzkiej.


Ostatni fragment trasy nie należał do najciekawszych ani do najpiękniejszych. Musieliśmy pokonać wielkie połacie ziemi, bo tego już lasem nie można było nazwać, do tego mocno rozjechana, pomarańczowa droga zmieniła diametralnie wygląd naszego obuwia. Na szczęście natrafiliśmy na potok, w którym doprowadziliśmy się do ładu, bo jak to tak pójść jeść na zamek wyglądając przy tym jak fleja. Ale taki jest urok gór. To by było na tyle z wycieczki, będę ją z uśmiechem na twarzy wspominać, mama może mniej :). Wam życzę Wesołych Świąt i do zobaczenia na szlaku! :)

2 komentarze:

  1. Rewelacja! To jest dla nas właśnie esencja naszych cudownych Sudetów. Na każdym kroku ślady przeszłości, pamiątki po czasach zupełnie różnych od naszych. Czasem to ślady dynamicznego rozwoju, czasem jak tutaj o nieco mroczniejszym tle. Bardzo dziękujemy za przybliżenie nam tego ciekawego zakątka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję za te miłe słowa. Fakt, Sudety mają wiele ciekawych zakątków. :)

      Usuń