Wiosna ze sporą ilością śniegu - spacer wokół Lądka

Coś często ciągnie mnie w okolice polskich uzdrowisk. A do Lądka najbardziej zachęca mnie wspomnienie tych pysznych pierogów serwowanych w jednej z knajp. Cofnijmy się w czasie i zatraćmy się w lesie pełnym skalnych ostańców. Będzie to opowieść o pięknej wiośnie i niemiłym śniegu! Zapraszam!


Kilka wyjazdów temu odkryliśmy szybsze i łatwiejsze dotarcia do Lądka. Wystarczy na wysokości albo za Paczkowem skręcić za znakami na czeski Bily Potok i nim kierować się przez góry na polską stronę. Dodam, że po drodze natrafiamy na przepiękny krajobraz, a w porze zimowej jest to istne arcydzieło natury.

Dzięki temu skrótowi w Lądku meldujemy się po półtorej godziny jazdy. Odziewamy się na prawdziwych górołazów i startujemy szukając niebieskich oznakowań. Z centrum udajemy się w stronę hotelu Trojan za uzdrowiskiem Jerzy. Stamtąd już rozpoczyna się podejście na pierwsze wzniesienie.



Początkowo śniegu było prawie jak na lekarstwo ale im wyżej tym zwiększała się jego masa oraz upierdliwość w chodzeniu. Przy pięknie operującym słońcu niestety kiepsko się szło. A to za sprawą wiecznie spadających płatów śnieżnych z drzew, które jak wlecą za kołnierz to nie jest za wesoło. Po drodze przecinamy ścieżkę dla narciarzy biegowych, która nieco dalej łączy się ze szlakiem rowerowym. My ciągle zmierzamy pod górę.


Podchodząc pod wzniesienie o nazwie Trojak na początku natrafiamy na pierwszą skałę o nazwie Samotna. W niewielkiej odległości od niej znajduje się kolejny ostaniec skalny Samotnik. Z prawej jednak strony, gdy miniemy skały, natrafiamy na punkt widokowy, przy którym nasz niebieski szlak łączy się z czerwonym.



Docieramy do polany przed szczytem, na której postanawiamy zrobić odpoczynek z racji pięknych widoków. Nie chodzi tu o rozległe krajobrazy ale o ośnieżone choinki wraz z sielankowymi promieniami słonecznymi. Cała zabawa na jednym zdjęciu się nie skończyła.




Po około półtorej godziny trafiamy wreszcie na punkt widokowy. O tyle okazał się on dla nas ciekawy, że ukazywał niesamowitą panoramę. Problem polegał jednak na znalezieniu dobrego, a przede wszystkim bezpiecznego miejsca, w którym udałoby nam się wdrapać na górę. Śnieg uniemożliwił znalezienie jakichkolwiek znaków, a dodatkowo oblodził skały przez co bardzo utrudnił zdobywanie punktu.

Tym samym osiągnęliśmy wysokość 766 metrów wspinając się na wzniesienie o nazwie Trojak. Widoki były niesamowite, poniżej widać było Lądek, z którego przyszliśmy oraz rozległe i pięknie mieniące się w słońcu pasma Sudetów.




Skoro udało nam się podejść na wzgórze, to jasne jest, że trzeba będzie z niego zejść. Co prawda momentami przydała się technika "duposchodzenia", nigdy nie wiesz czy pod warstwą śniegu nie znajduje się korzeń albo o zgrozo - lodowe przejście. Sprawnie udaliśmy się za niebieskimi znakami do kolejnych skał, tym razem o potężnych wymiarach. Na początek minęliśmy Skalny Mur, by trafić do ciężkiego technicznie zejścia przez Skalną Bramę. Choć odcinek ten nie należy do najłatwiejszych, to widok przyrody rekompensuje wszystko.



Mijamy wysokie skały i kierujemy się w stronę Rozdroża Zamkowego, gdzie znajduje się mała drewniana chatka, w której postanawiamy odpocząć i zasięgnąć informacji do mapy. Z racji, że przez większą część drogi spadał na nas śnieg z drzew, wywiesiliśmy nasze kurtki na haczykach i oddaliśmy je promieniom słonecznym. A niech się suszą.


Z Rozdroża Zamkowego (698 m n.p.m.) kierujemy się na ruiny zamku Karpień, które znajdują się piętnaście minut drogi pod górę. W tym miejscu natrafiamy na pierwszych bodajże turystów, a raczej sportowców - biegaczy. Zakładamy nasze bagaże na plecy i kierujemy się za niebieskim szlakiem. Po krótkim lecz intensywnym czasie docieramy na szczyt, na którym znajdowały się pozostałości muru, ławy i miejsca do podziwiania krajobrazu.

Obiekt jest chroniony jako zabytek, lecz na wszelkie renowacje nie ma co liczyć. Spoglądając na plan zamku w czasach jego świetności można pobudzić swoją wyobraźnię patrząc tylko na to co się uchowało czyli w dużej mierze są to tylko fundamenty oraz ława, która jest jeszcze sprzed wojny.




Schodząc już w stronę Lądka obieramy tym razem szlak czerwony. Po drodze natrafiliśmy na małe dziczki, które nieopodal szlaku buszowały w śniegu, bez zastanowienia przyspieszyliśmy kroku, żeby nie stanąć oko w oko z lochą. Natrafiliśmy również na kolejny punkt widokowy o nazwie Królówka, który jak większość punktów na naszej trasie stworzony był ze sterty olbrzymich kamieni.

Droga, którą się poruszaliśmy była zwykłą spacerową ścieżką dla kuracjuszy przyjeżdżających w te rejony. Po prawej stronie mijaliśmy źródło św. Jerzego, skałę zwaną Trzy Ambony. Od tego miejsca śnieg już się skończył i mogliśmy odetchnąć z ulgą, gdyż takiego jeziora w butach nie miałam długi czas. Ostatecznie skręcamy na Drogę Piasta, czyli obieramy niebieski szlak. Nim już do samego końca będziemy się poruszać. Powracamy do Lądka, w którym wszyscy chodzą w krótkich rękawkach, gdzie słońce daje nieźle popalić. A my, przemoczeni dziwimy się temu widokowi. :)




2 komentarze:

  1. Kwiecień? Ja w drugiej połowie kwietnia na Śnieżniku niemal po pas w świeżym śniegu chodziłem. Tak nas zima wiosną zaskoczyła ;)

    OdpowiedzUsuń