Buszując w pokrzywach - Góry Krucze i Jastrzębie

Turystyka masowa w tych górach nie istnieje. Świadczyć może o tym fakt, że Czesi nawet nie fatygują się konserwować albo sprawdzać wyznaczonych już szlaków. Wyruszając w ten teren koniecznym jest posiadanie mapy, ewentualnie rozpiski tras. Zapraszam na spacer pograniczem polsko-czeskim.


Trasę rozpoczynamy od przejścia granicznego w Lubawce, gdzie za znakami kierujemy się na szlak zielony. Gdyby ktoś nie wiedział gdzie jest początek - gdyż dobrze oznakowane to nie jest - wystarczy zaraz obok ogromnej żyrafy przejść za wychodkiem i trafić na tory kolejowe. Z nich należy udać się w stronę ogromnych pokrzyw, po których niestety trzeba przejść (wskazówka: najlepiej w tym momencie - i późniejszych również - zaopatrzyć się w odzież wierzchnią, coby się za bardzo nie poparzyć). Szlak prowadzi na początku wzdłuż rzeki.

Gdy wchodzimy w granicę lasu robi się już tylko gorzej. Racją jest, że w góry wychodzimy po to, żeby się zmęczyć. Ale takiego podejścia to chyba nikt się nie spodziewał. Idziemy ogromnym wąwozem, w którym wyznaczona jest maluteńka ścieżka. Duchota panująca w tym miejscu daje się we znaki. Po wyjściu na prostą ścieżkę idziemy nią kawałek, by zaraz ponownie drałować do góry. Tym sposobem zdobywamy pierwszy szczyt na naszej wycieczce - Mravenci Vrch (831 m n.p.m.)



Na szczęście etap z Mravenci vrch jest lżejszy i można spokojnie odetchnąć. Warto również być czujnym na urywki między drzewami, gdzie można udać się na nieformalny punkt widokowy. Mi udało się na takowy wybrać, dzięki czemu mogłam podziwiać ukrywającą się w chmurach Śnieżkę. Pogoda w naszym rejonie była świetna. Wokół nas niestety kłębiły się niespokojne chmury, które dały popalić w dalszej części trasy.

Cały czas poruszamy się pograniczem. Informują nas o tym mijane słupki biało-czerwone ze specjalnymi znakami. Kolejno trafiamy na Szeroką (842 m n.p.m.) i w dalszej części poruszamy się Żelazną ścieżką, aż do przełęczy, gdzie drogowskazy są pourywane albo pochowane za drzewami. Tak czy inaczej będąc na Przełęczy Wiązowna szukamy szlaku żółtego, który zaprowadzi nas do złączenia z niebieską farbą. Tu również robimy sobie większy postój czekając na część naszej grupy.




Nasz kolejny szczyt - Kralovecky Spicak


Na Przełęczy Wiązowna każdy podejmuje indywidualną decyzję, którym fragmentem trasy chce iść. Można iść krótszą drogą szlakiem zielonym, albo zahaczyć dodatkowo o Kralovecky Spicak. Wiem, że prywatnie są nikłe szanse, bym wróciła w te rejony, dlatego postanowiłam zobaczyć wszystko co było możliwe. Odbijamy zatem na żółty szlak, którym chwilowo będziemy obniżać wysokość. Na dużym placu, gdzie aktualnie znajdują się dwa budynki, skręcamy w lewo i zaczyna się monotonne podejście. Aż do złączenia z niebieskim szlakiem.


Kierujemy się za znakami niebieskimi, w celu zdobycia najwyższego punktu na dzisiejszej wycieczce. Z lewej strony, podczas podejścia, wyłania się piękny widok. Gdy wejdziemy w las, nasz błędnik może powoli wariować, gdyż ścieżka non stop skręca w lewą stronę. Po niewielkich zawirowaniach zdobywamy Kralovecky Spicak (881 m n.p.m.), który jest idealnym punktem widokowym na okazałe Sudety. Oprócz tego znajduje się tam drewniana pochylnia, z której spadochroniarze rozpoczynają swój lot w "przestworza". Świetne, lecz pełne adrenaliny zajęcie.




Na szczycie robimy sobie przerwę na posiłek. Musimy ponownie wrócić niebieskim szlakiem do rozwidlenia, w którym obraliśmy go za pierwszym razem. Dalej będziemy poruszać się tym szlakiem, tyle że w innym kierunku. Po prawej stronie mijamy wzniesienie Koźlik (788 m n.p.m.) i szeroką drogą szukamy odbicia na szlak żółty.


Docieramy do szlaku żółtego, który kieruje nas w lewą stronę i nim idziemy krótki odcinek do szlaku zielonego. W tym momencie znajdujemy się już na trasie, którą pokonywały osoby idące krótszą drogą. Zaczyna się inny rodzaj ścieżki, bardziej urozmaicony. Można czasem przystanąć, by pożywić się jagodami. Ogólnie szlak zielony bardzo nam się dłużył.



Na naszej drodze natrafiamy na odcinek, gdzie ukazuje nam się zejście po piargowej, wąskiej ścieżce. W porze deszczowej nie byłoby to przyjemne. Warto czasem przystanąć na popatrzenie w dal. My mieliśmy idealne warunki do podziwiania górskiego krajobrazu. Później ponownie wchodzimy w las. Zaczynamy błądzić, szlak raz ucieka, raz wraca. Przeciskamy się przez niskie drzewa, by dotrzeć do niewielkiej rzeczki, gdzie zgubiliśmy dalszy szlak. Na szczęście udało nam się trafić na resztę naszej załogi i wspólnie trafiliśmy na właściwe "tory". Wskazówka: gdy dojdziecie do tego miejsca, gdzie natrafiacie na wysokie trawy i rzekę po prawej stronie, kierujcie się właśnie w nie, gdyż kilka metrów od tego miejsca ulokowany jest na drzewie szlak.



Ostatnim podejściem na naszej trasie jest Jansky Vrch. Powoli pogoda zaczyna nam się zmieniać, a deszczowe chmury starają się nas postraszyć. Idziemy granicą lasu, trzymają się cały czas zielonego oznakowania. Co może być dziwne, to chwilami idziemy pod liniami wysokiego napięcia. Z przodu możemy podziwiać nasz ostatni punkt na mapie. W połowie podejścia łapie nasz krótki lecz intensywny deszcz. Osiągamy wysokość 697 metrów czyli Jansky Vrch.



Na zdjęciu powyżej można ujrzeć jak w oddali deszcz łapie niższe wzniesienia. My idziemy kilkanaście metrów dalej, na punkt widokowy. Tak na marginesie, to ciekawa platforma nawet. Oprócz tego większa część wzniesienia pokryta jest skałami i wysokimi zboczami. Należy się pilnować, by nie iść blisko krawędzi, gdyż przepaści robią wrażenie. Schodzimy szlakiem zielonym, szukając po drodze żółtego. Ponownie natrafiamy na ostre zejście, które uwieńczone jest źródełkiem, gdzie można napełnić swoje zasoby wodne. Udajemy się w stronę Petrikovic. Dziwnym trafem szlak żółty rozrysowany jest przez pola, które w rzeczywistości są ogrodzone i zamknięte na zamek. Także nie wiem co autor miał na myśli. My idziemy okrężną, udeptaną ścieżką i ostatecznie schodzimy z gór. W Petrikovicach znajdujemy czeski sklep, gdzie przy pięknym słońcu zajadamy się zmrzliną - lodami.




2 komentarze:

  1. Na Kralovecky Spicak próbuję się wybrać już kilka lat i jakoś zawsze jest mi nie po drodze na niego. Może w przyszłym roku? ;)

    OdpowiedzUsuń